Jeśli mielibyśmy zdefiniować treść przedstawienia według tekstu Sierhija Żadana to był to nieudany biznes i nieudana miłość. Dwie minifabuły się przeplatają, choć trudno tu o jakiś wyraźny punkt styczny. Nierentowny klub dla gejów, który dyrektor artystyczny próbuje ratować sięgając po dotacje z publicznych pieniędzy jest przedmiotem inscenizacji gorzko-komicznej. Z kolei heteroseksualny związek, w którym wprowadzanie i wynoszenie, porządkowanie i niszczenie różnych przedmiotów zdaje się zastępować typową komunikację międzyludzką dostarcza materiału do poniekąd nieco głębszej refleksji nad niemożnością porozumienia pary, którą połączyła namiętność. Słabo się te wątki splatają i można odnieść wrażenie, że autorowi zabrakło pomysłu na to, jak te dwa źródła rozpaczy – biznes i miłość – połączyć w spójną opowieść.
Przedstawienie, podobnie jak sam tekst, było dosyć nierówne. Zdarzały się sceny dowcipne i mocne. Do tych Ela zaliczyła wyrzucenie (nieskuteczne, jak się okazało) dyrektora artystycznego, gdy zaproponował desperacką woltę w celu podreperowania finansów klubu. Chwilami jednak chaotyczny tekst znajdował odzwierciedlenie w chaotycznym dzianiu się na scenie. Trudno na przykład odgadnąć, jaką funkcję pełniła aluzja do zdarzeń z Gabinetu Owalnego sprzed niemal trzydziestu lat, z którą wiąże się jedno ze znaczeń przypisane wyrażeniu z tytułu tej recenzji. Towarzysząca temu brakowi porządku fabularnego zmienność jakości, konwencji (od komediowo-groteskowej, poprzez teatr tańca aż do dramatycznej) i dynamiki miała jednak tę zaletę, że utrzymywała uwagę widza. W tym sensie spektakl był interesujący. Część widowni, raczej ta młodsza, dała zresztą wyraz jego entuzjastycznego wręcz odbioru w czasie braw.
Jeśli chodzi o samą inscenizację, to minimalistyczna scenografia (papiery ponaklejane na ścianach, lustro, przenoszone krzesła) wraz z absurdalną garścią rekwizytów (nóż myśliwski „grany” przez pustą puszkę, popielniczka w kształcie Elvisa – przez świętą figurkę itd.) pozostawiła dużo przestrzeni dla intensywnego ruchu, popisów choreograficznych i wymyślnej gry ciałem. Pod tym względem piątka młodych aktorów dała prawdziwy popis umiejętności i fizycznej sprawności. Oryginalne wygibasy na podłodze, przekładanie się przez siebie, przenikanie i pozowanie w garści rzeczy osobistych przypominającej śmietnik – to było coś. Także wokalnie aktorzy poradzili sobie nieźle, zwłaszcza że grali bez wszechobecnych dziś w teatrze mikrofonów i niekiedy przekrzykując hałaśliwą muzykę czy siebie wzajemnie.
Klamrą tekstową dramatu była zasygnalizowana na początku, a na końcu rozwinięta w przestrzeń tuzina wagonów, opowieść o pociągu, do którego anonimowy bohater wsiadł w ostatniej chwili. Pretensjonalna ta relacja miała stanowić metaforę skazanej na porażkę próby przetrwania w biznesowych i miłosnych realiach „wczesnego kapitalizmu” na Wschodzie (Sierhij Żadan jest, jeśli wierzyć internetom, Ukraińcem). Nie wiadomo, którego tekstu adaptacją jest materiał o tytule „wszyscy skończymy jak frajerzy…”. Wydaje się, że ani tekst nie był specjalnie udany, ani tłumaczenie – doskonałe. Sformułowania: „to się robi personalne” (o związku seksualnym) czy „przestać produkcję” nie brzmią zbyt dobrze po polsku.
Powyższe napisawszy, należy oddać aktorom — z których część wcielała się w więcej niż jedną rolę (Oliwia Durczak nawet w co najmniej trzy) — że dobrze poradzili sobie z tym sztubackim tekstem. Może jego „młodość” i takież poczucie humoru korespondowały z ichnim; może czuli go bardziej niż starsza część widowni (choć to na naszą młodość, nie ich, przypadał ów „wczesny kapitalizm”). W każdym razie zagrali z zaangażowaniem, widocznym nawet w lekko transowym powtarzaniu niewielkich ruchów w statycznym preludium czy w powolnym opadaniu, siedząc. W niektórych momentach — jak choćby w euforycznym zastrzyku nadziei po sprowadzeniu do klubu popularnej artystki — ich energia aż rozsadzała scenę.
Jestem przekonany, że dobrego aktora można poznać nie po tym, czy nie położy znakomitej roli, ale po tym, czy potrafi tchnąć życie w mierny tekst. Nie chciałbym tu przywoływać anatomicznego szczegółu ze znanego w środowisku teatralnym porównania — wiemy, od czego jest aktor i jak co. W spektaklu wystawianym na deskach wrocławskiego Teatru Współczesnego w ramach VII Festiwalu Dramatu „Strefy kontaktu” sprawdziło się to znakomicie.
Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski