Popękane szyby w ekstrawaganckiej willi Malapartego
O spektaklu “Capri – wyspa uciekinierów” wg scenariusza Krystiana Lupy i w reż. autora w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Szymon Białobrzeski.
Do Capri w reżyserii Krystiana Lupy podchodziłem z ostrożnym entuzjazmem. Doświadczywszy dopiero co Imagine, wiedziałem, jak wiele pokory potrzeba, by przebrnąć przez wątki naznaczone opasłym metrażem, twórczą erudycją i — przede wszystkim — wielowarstwową intertekstualnością. Z drugiej strony, miałem świadomość, że pokora nie powinna być równoznaczna ze służalczością. Oczytanie artysty nigdy nie może być wartością samą w sobie — zadaniem twórcy nie jest przecież intelektualny popis, lecz oddanie wagi pojęć równie prostych, co fundamentalnych.
Krystian Lupa nie uchyla się przed tym zadaniem. Umieszczając na wyspie Curzia Malapartego — byłego członka ruchu faszystowskiego, a zarazem znanego dziennikarza antytotalitarnego — stwarza okazję do postawienia pytań o istotę pojęcia wspólnoty, domu, człowieka, a w końcu także o czas, który naznaczył Europę niezmywalnym piętnem. Casa Malaparte nie jest jednak willą zarezerwowaną wyłącznie dla Włocha. Jak pisze sam reżyser: „TEN DOM JEST MIEJSCEM SEANSU SPIRYTYSTYCZNEGO, SPOTKANIA UPIORÓW…”.
Koncepcja inspirowana Skórą i Kaputt autorstwa Malapartego pozwala na stworzenie bohatera o romantycznym rysie – podzielonego między dwóch aktorów, zawieszonego w czasie i przestrzeni, jednocześnie grzesznika i wybawiciela. Dzięki temu Lupa z łatwością pogłębia poruszaną tematykę, przytaczając kolejne konteksty. W połączeniu z kapitalną inscenizacją i zaangażowaniem aktorów reżyserowi udaje się dotrzeć do sedna wydarzeń. Pozornie błahe rozmowy o atrakcyjności Polek, podejściu nazistów do Kościoła czy ekscentrycznych kolacjach — w błyskotliwy, a niekiedy nawet zabawny sposób — demaskują faszystowskie mechanizmy myślenia. Lupa nie zatrzymuje się jednak na samej demaskacji — pozwala sobie również na pokazanie totalitarnego okrucieństwa. Najlepszym tego przykładem jest sekwencja nakładających się na siebie obrazów: wygłodniałych Żydów i seksualnej orgii nazistowskiej burżuazji.
Ze względu na rozmiar przedsięwzięcia, reżyserowi zdarza się jednak zapominać o ludzkim wymiarze tragedii, uciekając w stronę skandalu lub intelektualnego snobizmu. Niezależnie od kulturowych kompetencji odbiorcy, trudno nie wydukać pod nosem, że Lupa po prostu przesadza. Kiedy słyszę z offu, że mam doczytać na Wikipedii, kim jest dana postać, czuję oburzenie. Kiedy nazwisko historycznej postaci pada tylko po to, by zaspokoić potrzeby zadufanych intelektualistów, czuję zażenowanie. Kiedy w ciągu godziny przedstawiony zostaje poród antychrysta z gargantuicznym przyrodzeniem, polowanie na Żydów i naturalistyczna orgia — czuję niesmak. Zdaję sobie sprawę, że dla wszystkich tych scen i zabiegów można znaleźć konceptualne uzasadnienie, ale wydaje mi się ono niewystarczające.
Podobny rozmach Lupa prezentuje w warstwie formalnej — fragmenty filmu Godarda, komunikaty wyświetlane na kurtynie, animacje i klasyczny już głos z offu składają się na spektakl bez wątpienia nietuzinkowy. A jednak, podobnie jak w Imagine, skłaniam się ku tezie, że mistrz polskiego teatru najlepiej wypada nie w momentach homerycznej szarży, lecz wtedy, gdy koncentruje się na postaciach i ich wewnętrznych dylematach.
Capri zawiera w sobie ogromne pokłady wyczucia. Nawet mimo krytycznych uwag i poczucia przytłoczenia, mogę uczciwie przyznać — bywa spektaklem wybitnym. Problem polega na tym, że przy tak ważkich tematach, jak choćby Holokaust, nawet drobne pęknięcia sprawiają, że teatralna matryca zaczyna się wylewać na scenę. Na szczęście usterki te nie przysłaniają całkowicie wizji artysty — choć momentami skutecznie ją zamazują.
fot. Natalia Kabanow/Teatr Powszechny w Warszwie