Pippi Pończoszanka należy do tych bohaterek dzieciństwa, które teatr regularnie próbuje oswoić na nowo. Każde pokolenie szuka w niej czegoś innego: jedni widzą ikonę dziecięcej wolności, inni dziewczynkę wymykającą się społecznym normom, jeszcze inni – figurę samotności ukrytej pod maską nieustannej zabawy. Wałbrzyska realizacja „PIPPI LÅNGSTRUMP” w reżyserii Jerzego J. Połońskiego proponuje jeszcze jeden trop: pokazuje Pippi jako bohaterkę świata cyrku, widowiska i permanentnego ruchu. I właśnie ten wybór okazuje się największą siłą przedstawienia.
Spektakl od pierwszych minut funkcjonuje w rytmie scenicznej atrakcji. Połoński buduje przedstawienie z numerów, gagów, muzycznych wejść i choreograficznych sekwencji, ale nie robi tego po to, by jedynie utrzymać uwagę najmłodszej widowni. Cyrkowa konwencja staje się tu językiem opowieści o bohaterce, która nieustannie wymyka się porządkowi świata dorosłych. Pippi pojawia się niczym artystka objazdowej trupy — zawsze o krok przed innymi, nieprzewidywalna, żyjąca według własnych zasad.
To rozwiązanie okazuje się niezwykle pojemne teatralnie. W przedstawieniu niemal wszystko podporządkowane jest ruchowi: sceny zmieniają się płynnie, akcja nie zatrzymuje się nawet na chwilę, a kolejne obrazy budowane są bardziej przez dynamikę niż psychologiczne dopowiadanie znaczeń. Dzieci reagują natychmiast — śmiechem, skupieniem, spontanicznym komentarzem. Ale spektakl nie gra wyłącznie na dziecięcej energii. Pod powierzchnią widowiska kryje się bardzo precyzyjnie przemyślana opowieść o potrzebie wolności.
Wałbrzyska „Pippi” ciekawie wypada na tle innych współczesnych realizacji tej historii. W wielu polskich inscenizacjach podkreślano już buntowniczy potencjał bohaterki. Krakowski spektakl Maćka Prusaka akcentował jej filozoficzną niezgodę na świat dorosłych i traktował Pippi niemal jak figurę dziecięcej kontestacji. Z kolei warszawska realizacja Agi Błaszczak w Teatrze Rampa stawiała przede wszystkim na musicalową energię i familijną widowiskowość. Połoński wybiera jednak drogę najbardziej teatralną.
Jego spektakl nie psychologizuje i nie próbuje nadmiernie uwspółcześniać Lindgren. Zamiast tego znajduje dla tej opowieści nową formę sceniczną. Cyrk okazuje się przestrzenią idealną dla Pippi, bo rządzi się podobnymi prawami: opiera się na ryzyku, improwizacji, przekraczaniu granic i nieustannym podważaniu tego, co „normalne”. Scenografia i plastyka przedstawienia budują świat celowo zdeformowany — balansujący między dziecięcą wyobraźnią a groteską.
Bardzo ciekawie rozwiązano również samą postać głównej bohaterki. Ta Pippi nie przypomina dziewczynki znanej z ilustracji czy telewizyjnych adaptacji. Kostium odchodzi od stereotypowego wizerunku piegowatej dziewczynki z odstającymi warkoczami. Dzięki temu bohaterka przestaje być muzealnym obrazkiem z dzieciństwa rodziców, a staje się sceniczną osobowością — kimś bardziej współczesnym, mniej „uroczym”, za to dużo bardziej wyrazistym.
W estetyce spektaklu jest też wyraźny rys błazeński i groteskowy. Pippi przypomina tu chwilami klauna lub trickstera — figurę chaosu, która śmiechem i absurdem kompromituje porządek świata dorosłych. Przerysowane maski, cyrkowa deformacja i ekspresyjna fizyczność aktorów budują rzeczywistość balansującą między zabawą a lekkim niepokojem.
Istotną rolę odgrywa muzyka i ruch sceniczny, który można traktować jak serię cyrkowo-ekwilibrystycznych etiud. Aktorzy funkcjonują w ciągłym napięciu ruchowym, a choreografia buduje rytm całego przedstawienia. To teatr, który nie boi się intensywności i świadomie operuje scenicznym nadmiarem — ale robi to z dużym wyczuciem formy.
Najciekawsze wydaje się jednak to, że wałbrzyska realizacja nie próbuje „wychowywać” Pippi ani tłumaczyć jej ekscentryczności. W wielu współczesnych adaptacjach pojawia się pokusa psychologicznego oswojenia bohaterki — dopowiedzenia jej samotności, traumy czy wewnętrznych motywacji. Połoński pozostawia w niej coś nieuchwytnego. Jego Pippi pozostaje siłą chaosu, figurą dziecięcej wolności, która burzy porządek świata wyłącznie dlatego, że ten porządek wydaje się absurdalny.
I może właśnie dlatego ten spektakl działa tak dobrze. Nie zamienia Pippi w szkolną lekcję o tolerancji ani w sentymentalny powrót do dzieciństwa. Pozwala jej pozostać kimś trudnym do oswojenia przez świat dorosłych — dzieckiem, które zadaje pytania, na jakie dorośli dawno przestali sobie odpowiadać.
TLiA w Wałbrzychu