Warszawsko-krakowska kooperacja stołecznego Teatru Współczesnego i Teatru STU zaowocowała premierą, która dla miłośników dramatów psychologicznych będzie nie lada gratką. „Pacyfiści” Marka Modzelewskiego wpisują się bowiem w kanon wojen intymnych, znanych chociażby z takich arcydzieł jak „Bóg mordu” czy „Sierpień w hrabstwie Osage”. Choć sama koncepcja dramaturgiczna i tekst mogą wydawać się nieco wtórne, pozwalają jednocześnie aktorom na zaprezentowanie swoich umiejętności w warunkach niemalże klinicznych. A przy dobrej obsadzie ról jest to praktycznie gwarancja sukcesu.
Klasyka: dwie pary, salon, pufy, sofa, barek i przekąski. Aldona (Agnieszka Suchora) i Mariusz (Krzysztof Pluskota) przychodzą w gości do Justyny (Monika Krzywkowska) oraz Juliana (Wojciech Malajkat). Obie pary mają synów w tym samym, nastoletnim wieku. Powodem spotkania i punktem wyjścia do mającej nadejść katastrofy jest miejsce organizacji urodzin jednego z nich – impreza ma odbyć się na strzelnicy. W tym momencie zaczyna się stopniowe „ogrywanie” stereotypów przez całą czwórkę. Aldona i Mariusz, otwarci ludzie o liberalno-lewicowych poglądach (złośliwi powiedzieliby: „fajnopolacy”), absolutnie nie wyobrażają sobie uczestnictwa ich dziecka w przedsięwzięciu propagującym używanie broni oraz przemoc (szczególnie w kontekście obecnej sytuacji geopolitycznej). Z kolei Julian i Justyna – rodzice solenizanta – nie widzą w tym niczego złego. Prezentują konserwatywne podejście do wychowania, oparte na jasnym – w domyśle patriarchalnym – podziale ról społecznych.
Zresztą nie fabuła jest w „Pacyfistach” najważniejsza. Najistotniejsze dla widza staje się doświadczenie obcowania z konsekwentnie budowaną na scenie rolą. To trochę tak, jak gdyby bohaterowie wchodzili w spektakl z pewnym zestawem narzędzi, ale dopiero w jego trakcie zaczynali ich używać do ciągłego budowania, rozsypywania i tworzenia na nowo własnej postaci – w nieco zmienionej konfiguracji, uzależnionej od sytuacji i zachowania pozostałych bohaterów. Jak to wygląda w praktyce? Otóż każdy z występujących ma nieco inny temperament, prezentuje inny typ osobowości: arogancki i zaczepny Julian ściera się w krzyżowym ogniu z pewną siebie Aldoną, z kolei nieco ciapowaty Mariusz znajduje sojuszniczkę w zdominowanej przez męża Justynie.
Świetnie obserwuje się, jak przy radykalnie zredukowanej scenografii i praktycznie nieobecnej muzyce na pierwszy plan wychodzi słowo, a wraz z nim mimika, spojrzenie i pauza (niestety momentami przydługa). Światopoglądowa dyskusja szybko przeradza się w sprzeczkę, w której pojawia się coraz więcej prywatnych wycieczek w stronę przeciwnika. Oglądanie „Pacyfistów” przypomina zatem dramat sądowy, w którym z ciekawością czekamy, aż któraś ze stron wyciągnie kolejnego asa z rękawa i jak ustosunkuje się do tego oponent. Jeśli pierwsza część spektaklu (zakończona plot twistem niczym z czarnej komedii) wciągnęła widza, to druga odsłona (zdecydowanie lepsza) sprowadza go do parteru i nie daje chwili wytchnienia. Po opadnięciu masek relacje znowu nabierają innego charakteru: zmienia się język, sposób poruszania się, bohaterowie inaczej na siebie patrzą, a między nimi wytwarza się zupełnie nowa, dużo bardziej elektryzująca atmosfera. Do czego ostatecznie prowadzi – tego nie warto zdradzać.
„Pacyfiści” to spektakl, który daje aktorom naprawdę duże możliwości zaprezentowania swojego warsztatu. Niestety, zgodnie z tekstem, czasem są zmuszeni do rzucenia mięsem w miejscu, w którym wulgaryzm jest wyraźnie wstawiony na siłę, lub do wypowiedzenia kwestii w stylu pijanego wuja na weselu (co wydaje się wprawiać w konsternację nie tylko widzów, ale i samych aktorów). Niemniej jednak, w szerszym kontekście jest to bardzo dobry spektakl, pełen wewnętrznych napięć i psychologicznych starć.
Specyfika tego typu przedstawień polega również na tym, że dobrze robi im porządne rozegranie – kilka setów pozwalających wypróbować różne środki aktorskie, wariantywność budowania swojej postaci. Z pewnością z każdym kolejnym wieczorem „Pacyfiści” będą jedynie zyskiwać. Niech walczą, niech się kłócą – widz tylko na tym zyska.
Teatr STU