Dziś obchodziłaby urodziny Kalina Jędrusik. I to jest ten rodzaj daty, który nie domaga się rocznicowej laurki ani spiżowego tonu. Raczej zatrzymania się na chwilę i przyznania: wciąż z nią jesteśmy w dialogu. Nawet – a może zwłaszcza – jeśli nie widziało się jej na scenie „na żywo”.
Mówię to jako człowiek teatru z poczuciem pewnego braku. Nie widziałem Kaliny Jędrusik w teatrze dramatycznym. Nie zobaczyłem jej Katarzyny w Poskromieniu złośnicy, George Sand w Lecie w Nohant, Eleonory w Tangu. Tego doświadczenia już nie da się nadrobić. Jedyny raz zobaczyłem ją na żywo w programie estradowym, z którym jeździła po Polsce w okresie ograniczonej obecności w telewizji. Było to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju i jedyne bezpośrednie spotkanie z jej sceniczną energią.
Moje spotkanie z jej aktorstwem odbywało się więc głównie poprzez Teatr Telewizji, Kabaret Starszych Panów i film. A to wcale nie jest „gorszy” kontakt. Przeciwnie — to kontakt, który uczy uważności na detal: spojrzenie, pauzę, półuśmiech, głos spuszczony o pół tonu niżej, niż się spodziewamy.
Jędrusik w Teatrze Telewizji była aktorką bezpieczną dla kamery i niebezpieczną dla widza. Bezpieczną, bo kamera ją kochała. Niebezpieczną, bo zawsze była o krok dalej, niż przewidywał tekst. Nawet w rolach drugoplanowych potrafiła naruszyć porządek świata przedstawionego. Jej obecność mówiła: nie wszystko da się uporządkować, nie wszystko musi się zgadzać.
Kabaret Starszych Panów zrobił z niej ikonę. I jednocześnie ją uwięził. „Bo we mnie jest seks” stało się błogosławieństwem i przekleństwem. Seksowność Jędrusik była jednak czymś znacznie bardziej złożonym niż prowokacja. To była seksualność myśląca, świadoma swojej performatywności. Ona nie „była” seksbombą – ona nią grała, często z ironią, czasem z przekorą, czasem na granicy auto-parodii. I za to płaciła cenę.
Jako aktor zawsze patrzę na nią z zazdrością: jak niewielu artystów potrafiła połączyć bezczelność z kruchością. W Jowicie, w Lekarstwie na miłość, w Ziemi obiecanej — za wizerunkiem kobiety silnej, prowokacyjnej, cielesnej, zawsze czaił się lęk, samotność, głód miłości. To dlatego jej Lucy Zuckerowa u Wajdy do dziś wywołuje spory. Dla wielu jest „za dużo” — zbyt intensywna, zbyt dosłowna, zbyt cielesna. Przekracza granice dobrego smaku wyznaczane kobiecym postaciom w kinie. I dokładnie o to chodzi.
Jędrusik była artystką, która nie mieściła się w normie — ani obyczajowej, ani estetycznej, ani politycznej. Teatr, film i telewizja próbowały ją oswoić, sklasyfikować, czasem uciszyć. A ona wracała. Głosem. Gestem. Piosenką.
To, że wciąż powstają spektakle o niej i z jej repertuarem — w Teatrze Rampa, Komedia, Polonia i wielu innych — nie jest nostalgią. To dowód, że Kalina Jędrusik nie jest zamkniętą biografią, tylko otwartym pytaniem. O kobiecą wolność. O cenę niezależności. O prawo do bycia niejednoznaczną.
Nie widziałem jej na scenie. Ale paradoksalnie mam wrażenie, że znam ją bardzo dobrze. Z ekranu, z nagrań, z głosu, który do dziś brzmi tak, jakby mówił:
nie próbujcie mnie poprawiać — spróbujcie mnie zrozumieć.
I może dlatego wciąż jest potrzebna. Nie jako legenda. Jako wyzwanie.