Pozostali aktorzy prezentują przyzwoity poziom wokalny, choć nie wszyscy znajdują odpowiedni balans między aktorstwem a musicalową ekspresją. Występują momenty nadekspresji, przeszarżowania i zbyt dużej intensywności, zwłaszcza w scenach dialogowych, które zamiast rozwijać postaci, zdają się przypominać zbiór stereotypowych, burleskowych obrazów.
Warto również zwrócić uwagę na interpretacje młodszych bohaterów. Kamila Najduk, wcielając się w postać Sophie Sheridan, podejmuje próbę wypracowania zrównoważonego portretu swojej bohaterki, co realizuje z wyczuciem i subtelnością, wnosząc do roli zarówno lekkość, jak i autentyczność. Z kolei rola Macieja Marcina Tomaszewskiego w kreacji Sky’a pozostaje niestety powierzchowna i niewystarczająco rozwinięta, co skutkuje brakiem pełnej psychologicznej głębi oraz ogranicza możliwości budowania przekonującej relacji między postaciami, osłabiając tym samym ich wzajemną dynamikę sceniczną.
Łódzka inscenizacja „Mamma Mia!” realizuje założenia rozrywki masowej, odpowiadając na oczekiwania szerokiej publiczności. Nie jest to zarzut – teatr muzyczny ma prawo oferować spektakle lekkie, energetyczne i znane. Jednak w tym przypadku brakuje konsekwencji inscenizacyjnej i artystycznej dyscypliny, które pozwoliłyby wyjść poza ramy bezpiecznego musicalowego popu.
Na tle łódzkiej realizacji warto przywołać wcześniejszą, szeroko komentowaną inscenizację „Mamma Mia!” w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie, zrealizowaną w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego. Wersja warszawska charakteryzowała się znacznie większą spójnością reżyserską i wyraźniejszym wyczuciem scenicznego rytmu. Tamtejsza narracja była bardziej precyzyjna i konsekwentna – zarówno w tonie, jak i w budowie napięć dramatycznych – co pozwalało widzowi lepiej zaangażować się w relacje między bohaterami. Roma, znana z wysokiego poziomu produkcyjnego i dbałości o detale inscenizacyjne, potrafiła połączyć rozrywkowy charakter musicalu z jego potencjałem emocjonalnym, bez popadania w zbędny pastisz.
W przypadku Jakuba Szydłowskiego, który niejednokrotnie występował w roli reżysera musicali w teatrach muzycznych w całym kraju, dostrzegalna jest pewna stylistyczna powtarzalność. Jego inscenizacje często bazują na przerysowanym komizmie, ostrych kontrastach i widowiskowej formie, która nierzadko dominuje nad subtelnością przekazu. Choć Szydłowski potrafi stworzyć dynamiczne, efektowne przedstawienia, to nie zawsze towarzyszy temu dramaturgiczna głębia czy wyczucie smaku – granica między błyskotliwym humorem a nie zawsze uzasadnioną błazenadą bywa w jego realizacjach niepokojąco cienka.
Podobne tendencje widoczne były już w „Pretty Woman”, gdzie forma momentami dominowała nad treścią, a komediowe środki wypierały emocjonalną prawdę. W „Mamma Mia!” te cechy powracają, zwłaszcza w pierwszym akcie, prowadząc do inscenizacji pozbawionej stylistycznej spójności. Widz balansuje między atrakcyjną formą a poczuciem niedosytu wynikającym z powierzchownego prowadzenia relacji scenicznych.
Spektakl nie zawodzi jako rozrywkowe widowisko muzyczne, ale jego teatralna konstrukcja okazuje się problematyczna. W pierwszej części dominuje inscenizacyjna dezynwoltura – brak precyzyjnie poprowadzonej osi narracyjnej oraz dramatycznych napięć sprawia, że scena funkcjonuje bardziej jako pokaz formy niż nośnik treści. Dopiero w drugiej połowie pojawia się strukturalna klarowność i emocjonalna gęstość, sugerujące, że musical ten może znaczyć więcej, jeśli potraktuje się go nie tylko jako pretekst do prezentacji przebojów.