Każdy teatr znajdujący się poza aglomeracją powinien mieć na afiszu spektakle rozrywkowe – sprawdzone farsy, komedie gwarantujące frekwencję, takie jak choćby „Szalone nożyczki”.
„Next-ex” Juliusza Machulskiego należy do kategorii, która na szczęście nie sprowadza się do poziomu łatwego dowcipu. To komedia obyczajowa napisana z inteligencją i precyzją. Swego czasu sztuka ta zdobyła drugą nagrodę w konkursie na polską komedię współczesną organizowanym przez łódzki Teatr Powszechny.
To komedia o rodzinie z wyższej klasy średniej. Córka przyprowadza do domu kolejnych narzeczonych, a ojciec nie potrafi ich zaakceptować. To odwieczna walka ojców, którzy chcą dobierać zięciów według własnych aspiracji i zastanawiają się, czy mogą powierzyć córkę temu, a nie innemu kandydatowi. To również satyra na polską wyższą klasę średnią – jej ambicje, kompleksy i intelektualne pozy.
Osią tematyczną tego tekstu jest narcyzm. Karol to znany pisarz, komentator telewizyjny, postać o statusie medialnej gwiazdy, człowiek przekonany o własnej błyskotliwości. W każdej rozmowie próbuje udowodnić swoją przewagę intelektualną. Z każdym toczy pojedynek: z przyszłym zięciem, z córką, ale przede wszystkim z żoną.
Piotr Kondrat buduje tę rolę bez przerysowania. Gra mężczyznę, który wierzy, że działa w imię dobra dziecka. Każde spotkanie z kandydatem zamienia w egzamin. Analizuje literaturę, politykę, słowa piosenek, nawet przepis na rosół. Wszystko musi zostać sprawdzone. „Następny, proszę” – to jego wewnętrzna komenda.
Izabela Brejtkop jako Zyta doskonale rozumie psychologię swojej postaci i partnera scenicznego. To sprawdzony duet. Grają małżeństwo z długoletnim stażem i widać, że znają się na wskroś. Ona przeczuwa jego maniery. Wie, kiedy zaczyna wykład. Wie, kiedy próbuje zapędzić rozmówcę w narożnik. I potrafi z tego narożnika nieszczęśnika wyprowadzić – albo zapędzić tam męża. Za każdym razem, gdy Karol próbuje dowieść swojej wyższości, Zyta odpowiada celną ripostą, nie podnosząc głosu. Wystarcza jedno zdanie; on potrzebuje kilku.
W tle pojawia się babcia (Iwona Pieniążek) – pozornie na drugim planie, a jednak znacząca. To ona, z dystansu i doświadczenia, potrafi egzaminować bohaterów, zwłaszcza starszego narzeczonego Eustachego (Jarosław Rabenda), wprowadzając dodatkową perspektywę pokoleniową. Filip Łannik jako Marcel gra spokojnie, bez naddatków. Dzięki temu konflikt rozgrywa się przede wszystkim w słowie.
Zresztą w całej konwencji radomskiego przedstawienia nie ma farsowej histerii ani groteskowych deformacji.
Scenografia to potwierdza: prosty salon, współczesne wnętrze i trzy portrety Karola wiszące na ścianie. To wizualny skrót jego osobowości. Nawet obecność folii, która może razić ubóstwem, wpisuje się w tę przestrzeń. Pod elegancką powierzchnią kryje się coś mniej wyszukanego – tak jak pod pewnością siebie bohatera kryje się lęk.
Najważniejszy jest jednak tekst. Ta komedia zasadza się na sporze pokoleń, na zderzeniu postaw. Juliusz Machulski bawi się językiem, stereotypami i współczesnymi kliszami. Celnie punktuje nadęcie, fałszywą nowoczesność oraz równie fałszywą wyższość starszego pokolenia. Konstrukcja jest zwarta, oszczędna, zdyscyplinowana. Autor nie ucieka w dygresje, nie rozprasza wątków.
W tym sensie „Next-ex” wpisuje się w starą tradycję komedii charakterów i komedii omyłek. Już od czasów Terencjusza wiadomo, że najciekawsze starcie odbywa się w rozmowie, a nie w bieganiu po scenie. Machulski to rozumie. Pozwala wszystkim mówić. A kiedy mówią za dużo – sami się demaskują.
„Next-ex” przypomina, że komedia wcale nie potrzebuje krzyku ani przesady. Wystarczą precyzyjny dialog i bohater, który za każdym razem chce wygrać rozmowę. A kiedy próbuje wygrać za bardzo, słyszy odpowiedź. I wtedy to już nie on mówi: „Następny, proszę”.
Teatr Powszechny