Cisza
Dlatego zdecydowanie bliżej mi do momentów, w których formalny hałas ustępuje refleksji. A widzę ją w kilku scenach. Jedną z nich jest odśpiewanie hymnu, połączone ze skierowaniem w stronę widowni scenicznych reflektorów.
Wstać? Nie wstać? Z jednej strony Brecht nauczył mnie, by nie mylić teatralnej prowokacji z realną powinnością. Z drugiej — wszyscy wstają. Śpiewać? Śpiewają ci, którzy zaraz Polskę sprzedadzą. Czy jestem lepszy? — tak myślałem.
A jednak wstałem. Lubię momenty, kiedy teatr na chwilę staje się prawdą, kiedy chcę oddać mu się w pełni. Czułem, że moim obowiązkiem jest stać, dać wyraz patriotyzmu, nawet jeśli to tylko wspólnotowa fikcja.
Poruszyła mnie też scena z królem, który — wbrew opiniom wielu krytyków — wcale nie przypominał polskiego premiera: był zbyt żałosny, zbyt mało cyniczny. Wzbudzał litość. Trudniej było mi się śmiać, kiedy tańczył w stroju baletnicy czy nieudolnie podpisywał wyrok na Polskę.
Najbliżej społecznej diagnozy Klata znalazł się jednak nie podczas odśpiewania hymnu ani w monologach króla, lecz w patetycznej przemowie mnicha. To jedyny moment, gdy wojna przestaje być kliszą, a reżyser dokopuje się do ostatniego kręgu piekła. Danuta Stenka i Oskar Hamerski zachwycali już wcześniej warsztatem, ale to lament Kosińskiego pozostanie mi w pamięci.
Mnich krzyczy — ale to krzyk, który wyłania się z ciszy, otoczony pozostałościami po bitwie. To pokorne prośby kierowane do zmarłych. Możliwe, że jest ostatnim na scenie, który jeszcze wierzy. Dlatego wierzy w pełni. Albo będzie zbawicielem narodu, albo nic nieznaczącym łgarzem — ważne, by był w pełni. Więc w pełni krzyczy, odpuszcza grzechy, modli się, żałuje i płacze za lepszymi czasami.
Owszem, naród ogłuchł. Dlatego krzyk w spektaklu Klaty jest uzasadniony — nie kiedy zlewa się z hałasem, lecz kiedy wyłania się z dojmującej ciszy.
https://narodowy.pl/repertuar,spektakle,450,termopile_polskie.html