Miejmy to za sobą – „Magiczna rana” w krakowskim AST nie jest dobrym spektaklem. Jest zdecydowanie za długa i zbyt intensywna. To niemal trzy godziny aktorskich popisów, które wypływają z każdej strony z takim natężeniem, że trudno zachować pełną koncentrację. W drugim akcie dużo lepiej rozporządza się napięciem, jest więcej oddechu w scenach, ale wciąż pozostaje to doświadczenie niezwykle męczące. Co więcej, gdyby nie moje osobiste umiłowanie pierwowzoru literackiego, zgubiłbym się kilka razy już na początku spektaklu. Mieszanie narracji przytłacza. Nie mówiąc już o tym, że są one kreślone językiem niezwykle gęstym, jak na Masłowską przystało.
Mimo to nie chciałbym się nad „Magiczną raną” wyzłośliwiać. Nie mam do tego żadnych powodów. Zawitałem na ulicę Straszewskiego, żeby zobaczyć dyplom aktorski i właśnie na aktorstwie chciałbym się skupić. Będąc precyzyjnym – chciałbym pochwalić występy, które w szczególny sposób zostały ze mną po wyjściu z sali teatralnej.
Najlepszy
Pozwolę sobie zacząć od występu najlepszego – Maksymiliana Piotrowskiego. Aktor przez większość spektaklu pozostaje niewidoczny, nie uśmiecha się w stronę widowni, nie biega, nie tańczy – ale kiedy przychodzi czas na opowieść o jego postaci, zaskakuje.
Bohater Masłowskiej to kryptofeminista, który przy użyciu prostych wytrychów językowych próbuje uwieść trenerkę fitness klubu. Aktor robi z niego giganta na glinianych nogach. Zarówno za pomocą swojego ciała, jak również mimiki, pokazuje władczość. Wymachuje rękami jak egocentryczny raper, aby następnie przejść w tryb spowolnienia, skurczenia się, załamania głosu. Karykaturalny Johny Bravo z minuty na minutę mięknie, stając się coraz bardziej przejmujący. Piotrowski oprócz mechanicznych ruchów i zaangażowania emocjonalnego wspaniale wykorzystuje niski głos, który rozciąga i ściska jak plastelinę.
To występ nie tylko sprawny, ale też najlepiej wyważony – wykraczający poza dyplom aktorski, samoświadomy swojej jakości, broniący się bez niepotrzebnych próśb o uwagę.
Neurotyczni
Zupełnie inaczej wypadają Adam Paczkowski i Jan Marczewski. Obaj są w swoich rolach niezwykle rozdygotani.
Gra Paczkowskiego wydaje się początkowo zbyt ostentacyjna, nadpobudliwa, pozbawiona miejsca na domysł. A jednak, niczym kropla drążąca skałę, aktor powoli osiąga swój cel. W pewnym momencie sam zauważyłem, że zaczynam się denerwować, staję się dużo bardziej nadpobudliwy, zaczynam dzielić neurotyczność z postacią. To występ nieidealny, ale interesujący i bardzo charakterystyczny. Jeżeli znajdzie się jakiś polski Josh Safdie – Paczkowski ma zagwarantowane miejsce w obsadzie.
Równie neurotyczny jest bohater Jana Marczewskiego. Aktor korzysta jednak z zupełnie innych narzędzi do pokazania swojej nadmiernej ekspresji. Przede wszystkim bardzo dobrze operuje głosem, w wyrazisty sposób balansując między ironią a frustracją. Zresztą jest to osoba odpowiedzialna za muzykę do spektaklu. Ta wypada różnie, ale zdecydowanie najlepiej, kiedy Marczewski dostaje mikrofon. Jego czysty głos przypomniał mi o pierwszych występach Ralpha Kamińskiego.
Obecni
Julia Dajworska za to oczarowała mnie swoją swobodą. Nie ma momentów, w których biłaby z niej jakakolwiek niezręczność. W połączeniu z rebelianckim emploi i cudowną mimiką ciężko oderwać od niej wzrok, szczególnie w scenach bardziej fizycznych, jak na przykład ta ze staczaniem się z bufiastej kanapy.
Emilia Centrowska nie zachwyciła mnie od razu, z perspektywy czasu jednak doceniam, jak wypada w duecie – chociażby grając niepozorną żonę znerwicowanego reżysera, ale również energicznie towarzysząc Dajworskiej.
Z Michałem Bielawskim miałem odwrotnie. Oczarował mnie w pierwszych scenach, prezentując niezręczny sposób komunikacji i powolne kumulowanie emocji. Poziom spięcia wyczuwalny w ciele i przeciąganych zdaniach idealnie oddawał tłumioną wrażliwość granej postaci. Później ekscytacja opadła, ale może to wynikać z mniejszej roli w środku spektaklu.
Podzieliwszy się swoimi największymi zaskoczeniami, z radością wyczekuję kolejnych występów wszystkich aktorów.
AST