Nagrodzeni i niespokojni
Wiesław Kowalski o monodramie po Toruniu.
fot. Rafał Pyszka Fundacja 1025




Wiesław Kowalski o monodramie po Toruniu.
fot. Rafał Pyszka Fundacja 1025
Monodram w Polsce ma się dziś – paradoksalnie – dobrze i niespokojnie zarazem. Dobrze, bo wciąż przyciąga aktorów gotowych na najwyższe ryzyko sceniczne, niespokojnie – bo coraz częściej ujawnia się jako forma balansująca między literackim ciężarem a potrzebą nowego języka. Tegoroczne spotkania w Toruniu (i ich festiwalowy przekrój) są tego znakomitym, choć niejednoznacznym potwierdzeniem.
Najłatwiej zacząć od werdyktów, bo te układają się w czytelną opowieść o dominującym dziś modelu monodramu. „Historia Jakuba” triumfuje właściwie jednogłośnie – i trudno się temu dziwić. To spektakl, który spełnia niemal wszystkie oczekiwania wobec tej formy: znakomity literacko tekst, wyrazista oś tematyczna (tożsamość, pamięć, religia), a przede wszystkim aktor zdolny unieść wielogłosową narrację bez popadania w formalny popis. To monodram „pełny”, klasyczny w najlepszym sensie: oparty na słowie, ale nieprzegadany; psychologiczny, ale nie zamknięty w jednostkowym doświadczeniu; oszczędny formalnie, lecz bogaty znaczeniowo.
I właśnie ta pełnia – nagrodzona, doceniona, niemal kanoniczna – mówi wiele o kondycji polskiego monodramu. Wciąż najbardziej cenimy spektakle zakorzenione w literaturze, prowadzone przez aktora o wysokiej świadomości warsztatu, który potrafi „zagrać świat”. Monodram pozostaje więc teatrem aktora w najczystszej postaci – i być może dlatego tak rzadko dochodzi tu do prawdziwych rewolucji.
Ale przecież festiwal to nie tylko zwycięzcy. Warto spojrzeć na spektakle nienagrodzone, bo to one często najcelniej odsłaniają napięcia i kierunki poszukiwań.
„Gnój” Miłosza Sadowskiego – wyróżniony – wydaje się symptomatyczny. To teatr mniej „domknięty”, operujący inną energią, zanurzoną w doświadczeniu traumy rodzinnej. Spektakl przyjmuje formę surową, a zarazem wyraźnie skomponowaną plastycznie – osadzoną w przestrzeni jednego domu i podwórka, których plany przenikają się, tworząc wielowarstwowy obraz pamięci. Istotną rolę odgrywają tu lalki, animowane na żywo przez aktora – nie jako ilustracja zdarzeń, lecz jako równorzędni partnerzy sceniczni, ucieleśniający relacje przemocy, zależności i wyparte emocje. Sadowski łączy plan lalkowy z aktorskim, budując napięcie między tym, co przeżywane, a tym, co odgrywane i dystansowane. Ramą dla całej opowieści staje się sytuacja terapeutyczna, z której wyłaniają się kolejne obrazy dzieciństwa, a powracającym, mocnym znakiem scenicznym są choćby czerwone sznurki – materializujące rany, więzy i traumę. To teatr oparty na rytmie, powtórzeniu i fizycznym napięciu, bardziej „rozgrywany” niż opowiadany.
Podobne napięcie widać w „Belfrze” Przemysława Bluszcza. To spektakl, który dotyka współczesności w sposób bezpośredni – mówi o autorytecie, jego erozji, o pułapce społecznych ról. A jednak forma pozostaje tu bardziej zachowawcza, jakby temat domagał się ostrzejszych środków, niż te, które proponuje inscenizacja. To częsty problem: monodram chce być aktualny, ale nie zawsze znajduje adekwatny język sceniczny.
Z kolei „Jadwiga” Agnieszki Przepiórskiej pokazuje siłę teatru opartego na biografii i precyzyjnie prowadzonej narracji. To monodram „z cienia do światła” – jak sam go kiedyś określiłem – i rzeczywiście, jego siła tkwi w subtelnym wydobywaniu postaci, w cierpliwym budowaniu emocji. Ale i tu pojawia się pytanie: czy ten typ teatru – elegancki, dobrze skonstruowany, „bezpieczny” formalnie – nie zaczyna dominować kosztem bardziej ryzykownych poszukiwań?
Najciekawsze wydają się więc te propozycje, które nie mieszczą się łatwo w festiwalowym kanonie. „Ptaki krzyczą nieustannie”, „Hibernacja” czy „Lot” – nawet jeśli nierówne, nawet jeśli nie do końca spełnione – wskazują na potrzebę poszerzenia języka monodramu. To często spektakle bardziej intuicyjne, mniej literackie, czasem poszukujące w fizyczności, w obrazie, w rytmie. I choć nie zawsze przekłada się to na artystyczną całość, to właśnie tam pulsuje przyszłość tej formy.
Na osobnym biegunie znajduje się „Nieostrość widzenia” Ewy Ziętek – przykład monodramu mistrzowskiego warsztatowo, opartego na subtelnej pracy z emocją i rytmem. To teatr dojrzały, świadomy swoich środków, niemal klasyczny w swojej dyskrecji. Ale jednocześnie – znów – rodzi się pytanie: czy ten model nie staje się dziś zbyt dominujący? Czy nie grozi mu powolne skostnienie?
Polski monodram stoi więc w ciekawym momencie. Z jednej strony ma silne fundamenty: świetnych aktorów, dobrą literaturę, publiczność wciąż wrażliwą na słowo. Z drugiej – coraz wyraźniej widać potrzebę zmiany. Nie tyle odrzucenia tradycji, ile jej rozszczelnienia.
Największym wyzwaniem wydaje się dziś znalezienie nowej równowagi między literaturą a performatywnością, między opowieścią a doświadczeniem, między konstrukcją a rozpadem. Bo jeśli monodram pozostanie wyłącznie „teatrem opowieści”, może zacząć tracić kontakt z rzeczywistością, która coraz rzadziej układa się w spójne narracje.
Dlatego właśnie spektakle nienagrodzone są tak ważne. To one – nawet jeśli niedoskonałe – przypominają, że monodram nie musi być tylko popisem aktorskiej wirtuozerii. Może być przestrzenią ryzyka, błędu, poszukiwania.
A może nawet powinien.
„Wziął to w swoje ręce Paweł Aigner, biegły w igraszkach z klasyką”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.