Są festiwale, które się „odbywają”. I są takie, które przez lata budują własny sens – powoli, konsekwentnie, z wyczuciem większej całości. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena należy bez wątpienia do tej drugiej kategorii. Jego jubileuszowa, trzydziesta edycja rozpoczęła się wczoraj w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej wykonaniem IX Symfonii d-moll op. 125 – dzieła, które wciąż niesie w sobie ciężar symbolu. Symbolu wspólnoty, przełomu, ale też – co w tym kontekście najważniejsze – ciągłości.
Bo tegoroczna inauguracja nie była jedynie otwarciem kolejnej odsłony festiwalu. Była gestem pamięci. Całość poświęcono Elżbiecie Pendereckiej – kobiecie, która przez trzy dekady konsekwentnie budowała w Warszawie wydarzenie o randze europejskiej. I trzeba to powiedzieć jasno: bez jej wizji, determinacji i instynktu organizacyjnego nie byłoby dziś tego festiwalu w obecnym kształcie.
Penderecka rozumiała coś, co w Polsce długo pozostawało niedocenione – że festiwal nie jest jedynie serią koncertów. Jest narracją. Opowieścią o muzyce, historii i tożsamości. Potrafiła myśleć programowo w długim trwaniu, budując kolejne edycje nie jako zbiór nazwisk, lecz jako spójną ideę. Tegoroczne hasło – „Beethoven. Przełom klasycyzmu i romantyzmu” – brzmi jak kontynuacja jej myślenia: o muzyce jako procesie, napięciu, nieustannym przekraczaniu granic stylu i epoki.
W tym sensie inauguracja – nawet jeśli obciążona naturalnym ciężarem jubileuszu – była przede wszystkim przypomnieniem tej wizji. IX Symfonia Beethovena nie wybrzmiała tu jako oczywisty „koncert na otwarcie”, lecz jako symboliczny punkt odniesienia: dzieło graniczne, które nie tyle domyka klasycyzm, ile otwiera przestrzeń dla nowej wrażliwości. Właśnie tak, poprzez napięcia i przełomy, Penderecka opowiadała przez lata historię muzyki w ramach swojego festiwalu.
Koncert poprowadziła Marzena Diakun – artystka o wyraźnym temperamencie i coraz mocniejszej pozycji międzynarodowej. Jej interpretacja miała w sobie energię i zdecydowanie, które nadawały całości wyraźny kierunek. Było to prowadzenie nastawione na ruch, na napięcie formy, na podtrzymywanie dramaturgii w czasie – bardziej proces niż statyczny obraz. I choć nie wszystkie elementy tej muzycznej struktury układały się w pełni spójnie, nie to wydaje się w tym przypadku najistotniejsze.
Bo inauguracje festiwali – zwłaszcza takich jak Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena – rządzą się inną logiką niż pojedyncze koncerty oceniane w kategoriach „udane” lub „nieudane”. Tu znaczenie buduje się na przecięciu kilku porządków: artystycznego, symbolicznego i instytucjonalnego. Wczorajszy wieczór był właśnie takim przecięciem – miejscem, w którym muzyka spotyka się z pamięcią, a wykonanie z ideą.
Nieprzypadkowo też festiwal Pendereckiej od lat funkcjonuje równolegle jako wydarzenie społeczne. Obecność ludzi kultury, mediów, środowisk artystycznych nie jest jedynie dodatkiem, lecz częścią większej konstrukcji. To przestrzeń, w której muzyka klasyczna odzyskuje rangę wspólnego doświadczenia – nie zamkniętego w filharmonicznej ciszy, lecz obecnego w obiegu życia publicznego. W Warszawie, przynajmniej na kilkanaście dni, znów staje się ona językiem komunikacji, a nie tylko specjalistycznym kodem.
Najważniejsze jednak pozostaje to, co rozpisane jest na kolejne dni. Program tegorocznej edycji – przygotowany jeszcze przez Elżbietę Penderecką – ujawnia jej charakterystyczny sposób myślenia: zestawianie Beethovena z jego następcami, pokazywanie ciągłości i pęknięć między klasycyzmem a romantyzmem, budowanie napięć między tradycją a jej przekroczeniem. Obok dzieł kanonicznych pojawiają się więc Schubert, Schumann, Brahms, Mahler – nie jako „uzupełnienie”, lecz jako konsekwencja obranej perspektywy.
To właśnie w tej konsekwencji kryje się największa siła festiwalu. Nie w jednorazowych wydarzeniach, nie w głośnych nazwiskach, ale w zdolności do prowadzenia wieloletniej opowieści. Penderecka miała rzadką umiejętność myślenia o muzyce w kategoriach długiego trwania – jako o procesie, który nieustannie się przekształca, ale nie traci swojej tożsamości.
Dziś łatwo powiedzieć, że Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena to marka. Trudniej pamiętać, że ktoś tę markę musiał stworzyć – cierpliwie, bez gwarancji sukcesu, w rzeczywistości, która nie zawsze sprzyjała ambitnym projektom kulturowym. Elżbieta Penderecka zrobiła coś więcej niż festiwal. Stworzyła przestrzeń myślenia o muzyce jako o części wspólnej europejskiej tradycji, ale też jako o żywym doświadczeniu współczesności.
I dlatego wczorajszy wieczór miał znaczenie niezależnie od szczegółowych ocen. Był przypomnieniem, że wydarzenia kulturalne nie rodzą się same – stoją za nimi konkretne osoby, ich wybory, gust, determinacja i wyobraźnia. Festiwal trwa dalej, zmienia się, reaguje na nowe konteksty. Ale jego fundament pozostaje ten sam.
Reszta to już tylko – albo aż – muzyka.
30. Wielkanocny Festiwal Beethovenowski