W tym sezonie jubileuszy w Teatrze Wybrzeże nie brakuje — jakby teatr przypominał, że nie opiera się na wielkich hasłach, tylko na pracy konkretnych ludzi. Jedną z osób, które przez lata współtworzyły jego codzienność — cicho, ale konsekwentnie — jest Małgorzata Brajner. Z zespołem związana od 1998 roku, z czasem stała się aktorką, której obecność trudno sobie wyobrazić zastąpić.
Po raz pierwszy zobaczyłem ją na scenie bodaj w Janie Gabrielu Borkmanie Ibsena, w inscenizacji Grzegorza Wiśniewskiego. Spektakl pamiętam przede wszystkim z dwóch wybitnych ról: Doroty Kolak i Joanny Bogackiej — gęstych, intensywnych, budowanych w wysokim rejestrze. A jednak gdzieś pomiędzy ich emocjonalnym starciem pojawiała się Małgorzata Brajner, cicha, skupiona, i to wystarczyło, żeby zapisać ją w pamięci. Już wtedy było widać, że ma rzadką umiejętność bycia w scenie — bez potrzeby dominacji.
Jej aktorstwo dojrzewało razem z zespołem. Przez te lata grała w bardzo różnych rejestrach: od brutalnej szczerości Beczki prochu po pełne dystansu Amatorki, od realistycznej Zosi w Emigrantkach po Sophię w Trojankach Klaty. Ale jeśli miałbym wskazać dwie role, które najlepiej pokazują jej możliwości, sięgnąłbym po skrajności.
W Nożach w kurach Davida Harrowera (reż. Rudolf Zioło) stworzyła Młodą Kobietę milczącą, zamkniętą, niemal całkowicie wewnętrzną. Tu nic nie było podane wprost, a każda zmiana postaci odbywała się na poziomie spojrzenia, pauzy, zawahania. Brajner prowadziła tę rolę bez zbędnego psychologizowania, bez nadbudowy — dając widzowi przestrzeń, żeby dopowiedzieć sobie resztę. Rzadki rodzaj zaufania do milczenia.
Na drugim biegunie — rola Służącej w Portrecie damy wg Henry’ego Jamesa (reż. Ewelina Marciniak). Gadatliwa, natrętna, niemal zbyt obecna — zupełnie inny typ scenicznego funkcjonowania. Ale i tu Brajner grała precyzyjnie: narzucała rytm, burzyła porządek, zmuszała do spojrzenia na scenę z innego kąta. Jej Służąca była jak klin wbity w świat spektaklu — z jednej strony komiczna, z drugiej niepokojąca.
W Śmierci Iwana Iljicza z kolei pokazała coś zupełnie innego. Jako Praskowia Fiodorowna mogła łatwo popaść w kliszę „zimnej żony”, ale zamiast tego zbudowała postać nieprzezroczystą, pełną cichego zmęczenia. Nie próbowała wzruszać — i może dlatego jej obecność była bardziej przejmująca. Ta rola pokazała siłę jej scenicznego umiaru. Zamiast teatralnych gestów: napięcie w ciele, chłód w głosie, pustka między słowami. I to wystarczyło, by widz poczuł więcej niż w najgłośniejszych scenach.
Małgorzata Brajner to aktorka, której nie da się zakwalifikować jednym zdaniem. Czasem błyskotliwa i ironiczna, czasem surowa, realistyczna, a kiedy trzeba — zupełnie wycofana. Nie walczy o przestrzeń, ale zawsze ją sensownie wypełnia. To rzadki przypadek aktorki, która nie potrzebuje teatralnych „wielkich ról”, żeby pozostać ważna, bo prawdziwa siła aktorstwa nie zawsze tkwi w rozmachu, lecz w umiejętności dotarcia do widza nawet najmniejszym gestem.
https://teatrwybrzeze.pl/zespol/artystyczny/malgorzata-brajner
https://teatrwybrzeze.pl/