Maciej Zakościelny – amant, który lubi skręcać w bok

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Maciej Zakościelny – amant, który lubi skręcać w bok

Z okazji 46. urodzin Macieja Zakościelnego przyglądamy się aktorowi, który od lat funkcjonuje między popularnością serialowego amanta a mniej oczywistymi teatralnymi wyborami.

Opublikowano: 2026-05-07
fot. Pat Mic

Są aktorzy, których teatr niejako „adoptuje” od pierwszego kroku na scenie. Są też tacy, których publiczność najpierw poznaje z telewizji i kina, a dopiero później próbuje odnaleźć ich w teatralnym świetle. Maciej Zakościelny należy zdecydowanie do tej drugiej grupy. Trudno zresztą się dziwić – dla całego pokolenia widzów pozostanie przede wszystkim Markiem Brodeckim z „Kryminalnych”, Bronkiem z „Czasu honoru” albo bohaterem komedii romantycznych z połowy pierwszej dekady XXI wieku, gdy polskie kino wyjątkowo mocno potrzebowało przystojnych, trochę ironicznych, ale jednak „bezpiecznych” amantów.

A przecież Zakościelny nigdy nie był wyłącznie aktorem od uśmiechu i dobrze skrojonej marynarki.

Dzisiaj kończy 46 lat i to dobry moment, by spojrzeć na niego nie tylko jak na gwiazdę popularnych seriali, ale także jako na artystę, który – nawet jeśli teatralnie nie jest nadmiernie płodny – co jakiś czas wraca na scenę z wyraźną potrzebą sprawdzenia się w czymś mniej oczywistym.

Od skrzypiec w metrze do warszawskich scen

W jego biografii jest coś bardzo filmowego. Chłopak ze Stalowej Woli, wychowany w muzykalnym domu, uczeń szkoły muzycznej, grający na skrzypcach w paryskim metrze, by zarobić na życie. Brzmi jak gotowy prolog do historii o artyście, który musi najpierw trochę pobłądzić, zanim odnajdzie własny rytm.

Do szkoły teatralnej zdawał dwa razy. Studiował w warszawskiej Akademii Teatralnej.

Ma w sobie coś, co kamera lubi natychmiast: naturalny wdzięk, lekkość, pewien rodzaj współczesnej elegancji. Ale teatr bywa wobec takich warunków nieufny. Scena lubi rozbrajać aktorską atrakcyjność, sprawdzać ją, wystawiać na próbę. Być może dlatego jego teatralna droga rozwijała się spokojniej niż ekranowa.

Współczesny, Walczak i późniejsze powroty

Kiedy w połowie lat dwutysięcznych dołączył do zespołu Teatru Współczesnego w Warszawie, wydawało się, że może na dłużej związać się z repertuarową sceną. W „Udając ofiarę” braci Presniakowów, spektaklu Macieja Englerta, pojawił się jeszcze zanim telewizyjna popularność całkowicie przykleiła mu łatkę serialowego idola. Potem było „To idzie młodość…” i „Amazonia” Michała Walczaka w reżyserii Agnieszki Glińskiej w Teatrze na Woli.

To nie były role budujące pomnik. Raczej etapy poszukiwania własnego miejsca między teatrem środka a bardziej współczesnym repertuarem. Można było odnieść wrażenie, że Zakościelny na scenie najbardziej interesuje się relacją z partnerem i rytmem dialogu, mniej zaś monumentalnym „graniem wielkich emocji”.

I może właśnie dlatego dobrze odnalazł się po latach w Garnizonie Sztuki.

Garnizon Sztuki – laboratorium lekkości

Warszawski Garnizon Sztuki jest miejscem szczególnym. Z jednej strony funkcjonuje blisko teatru komercyjnego, z drugiej coraz częściej próbuje flirtować z tematami społecznymi i współczesnym językiem relacji. To przestrzeń, w której aktorzy znani z ekranu mogą zagrać bliżej widza, bez monumentalnego dystansu dużych scen repertuarowych.

W „Nic się nie stało” Piotra Rowickiego Zakościelny wcielił się w Emmanuela Olisadebe – postać osadzoną w bardzo konkretnym społecznym i historycznym kontekście. Sam wybór takiego projektu był sygnałem, że aktor nie chce ograniczać się wyłącznie do repertuarowego wygodnictwa.

Jeszcze ciekawiej zrobiło się przy późniejszych realizacjach.

W „Mojej wersji prawdy” pojawił się w spektaklu balansującym pomiędzy psychologiczną grą, eksperymentem i teatralną iluzją. To przedstawienie działało przede wszystkim napięciem między tym, co widz bierze za prawdę, a tym, co okazuje się misternie skonstruowaną grą. Zakościelny bardzo świadomie wykorzystał tu własny wizerunek – człowieka budzącego zaufanie. Im bardziej wydawał się wiarygodny, tym mocniej spektakl mógł podważać pewność odbiorcy.

Z kolei „Nienasyceni” pokazywali go w formule lżejszej, opartej na relacyjnej komedii i rytmie dialogów. Aktor od dawna dobrze czuje się w repertuarze obyczajowym i właśnie tam najpełniej ujawnia swoje atuty: naturalność, swobodę i umiejętność grania bez przesadnego aktorskiego „dopowiadania”. Potrafi być na scenie obecny bez nerwowego udowadniania, że oto gra ważną rolę.

To wcale nie jest takie częste.

Aktor Teatru Telewizji

Być może jednak paradoksalnie najciekawszym teatralnym miejscem Zakościelnego pozostaje Teatr Telewizji.

To medium wymagające szczególnej dyscypliny – mniej efektownej niż kino i bardziej skupionej niż klasyczny teatr. W spektaklach telewizyjnych aktor nie może schować się ani za montażem, ani za dużą sceniczną formą. Musi utrzymać uwagę widza precyzją.

Zakościelny pojawiał się tam regularnie: od „Sesji castingowej” Krzysztofa Zanussiego, przez „Księcia nocy”, „Getsemani”, po „Marszałka”. I właśnie tam najłatwiej zauważyć, że pod powierzchnią ekranowego amanta kryje się aktor całkiem uważny.

Nie jest aktorem transformacji totalnych. Nie należy do tych, którzy za każdym razem chcą „zniknąć” w roli. Raczej buduje postaci własną energią i osobowością, stopniowo je modulując. Dla jednych będzie to ograniczenie, dla innych – znak rozpoznawczy.

W czasach, gdy wielu aktorów gra przede wszystkim intensywnością, Zakościelny często wybiera spokój i wewnętrzną kontrolę zamiast efektownych aktorskich fajerwerków.

Popularność jako pułapka

Nasza kultura popularna ma zresztą szczególny stosunek do aktorów atrakcyjnych fizycznie. Bardzo szybko przypisuje im określoną funkcję, a potem niechętnie pozwala z niej wyjść. Zakościelny przez lata był obsadzany jako mężczyzna idealny: romantyczny, dzielny, elegancki, godny zaufania.

To wygodna szuflada, ale artystycznie bywa niebezpieczna.

Dlatego jego późniejsze wybory – także teatralne – można odczytywać jako próbę stopniowego przełamywania własnego wizerunku i dodawania mu nowych odcieni. Bez gwałtownej rewolucji, bez desperackiego „patrzcie, potrafię zagrać wszystko”, raczej metodą małych przesunięć.

I chyba właśnie ta dyskretna konsekwencja jest w nim najciekawsza.

Wciąż w drodze

Maciej Zakościelny nie ma dziś dorobku teatralnego, który ustawia go w jednym szeregu z największymi aktorami sceny. I chyba sam nigdy nie próbował tworzyć wokół siebie takiej legendy. Jest raczej przykładem aktora środka – bardzo świadomego popularności, ale od czasu do czasu szukającego przestrzeni, gdzie można tę popularność twórczo wykorzystać.

A teatr, nawet jeśli pojawia się w jego życiu nieregularnie, wydaje się dla niego właśnie takim miejscem.

Może dlatego dobrze ogląda się jego sceniczne powroty. Nie ma w nich poczucia obowiązku ani ambicjonalnego udowadniania czegokolwiek. Jest za to zawodowa solidność, doświadczenie i coraz większy dystans do własnego emploi.

To wystarczająco dużo, by z ciekawością czekać na kolejne role.

Bo Maciej Zakościelny – mimo lat obecności na ekranie – sprawia wrażenie aktora, który wciąż jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

 

Kategorie:


Cytat Dnia

„Jestem od strojenia min. A ostatnio okazało się, że całkiem nieźle wychodzi mi również prowadzenie teatru. Robienie polityki nigdy mnie nie interesowało”

Andrzej Seweryn w rozmowie z Januszem Wróblewskim; „Polityka”, 22.04.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL