Impulsem do napisania tego tekstu była niedawna rozmowa z jedną z osób od lat zajmujących się krytyką teatralną. Opowiedziała mi o sytuacji, która wprawiła ją w autentyczne zdziwienie – po raz pierwszy od dawna została pominięta przy zaproszeniach na premierę, choć wcześniej regularnie uczestniczyła w życiu danej sceny. Powód nie został nazwany wprost, ale trudno było oprzeć się wrażeniu, że chodzi o jej krytyczne teksty.
Ta historia – pozornie jednostkowa – uruchomiła we mnie szerszą refleksję. Bo choć podobne sytuacje funkcjonują w środowisku raczej jako półoficjalne anegdoty niż temat otwartej dyskusji, to jednak wciąż powracają. I za każdym razem pozostawiają to samo pytanie: gdzie kończy się polityka instytucji, a zaczyna niebezpieczny mechanizm wykluczania?
Relacja między teatrem a krytykiem od zawsze była napięta – i bardzo dobrze. To napięcie jest bowiem jednym z fundamentów żywego życia teatralnego. Bez niego scena łatwo zamienia się w przestrzeń samozadowolenia, a krytyka w kurtuazyjny dodatek do premiery. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy napięcie przekształca się w mechanizm wykluczania.
Nie jest tajemnicą, że środowisko teatralne – choć deklaratywnie otwarte i skłonne do dialogu – bywa w praktyce zaskakująco wrażliwe na ocenę. Krytyczna recenzja potrafi uruchomić emocje, które wykraczają poza merytoryczną polemikę. I o ile spór, nawet ostry, jest czymś naturalnym, o tyle coraz częściej pojawia się zjawisko znacznie bardziej niepokojące: selektywnego dostępu do informacji i wydarzeń.
Mechanizm jest prosty, choć rzadko nazywany wprost. Krytyk, który pisze „nie po linii”, przestaje być zapraszany. Oficjalnie – z powodów organizacyjnych, ograniczonej liczby miejsc, zmian w polityce medialnej. Nieoficjalnie – dlatego, że jego obecność przestaje być wygodna. Nie trzeba wprowadzać formalnych zakazów. Wystarczy nie wysłać zaproszenia.
Tego rodzaju praktyki, choć nie są powszechną normą, pojawiają się cyklicznie i w różnych ośrodkach. Co istotne – niemal zawsze są racjonalizowane. Teatr, jako instytucja, zaczyna postrzegać dostęp do premiery nie jako element relacji z mediami, lecz jako formę przywileju, który można przyznać lub odebrać. Tymczasem dla krytyka obecność na premierze nie jest nagrodą, lecz warunkiem wykonywania zawodu.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że krytyka teatralna nie pełni funkcji promocyjnej. Nie jest przedłużeniem działu marketingu ani narzędziem budowania pozytywnego wizerunku instytucji. Jej rolą jest interpretacja, ocena, a czasem – również sprzeciw. Próba „zarządzania” krytyką poprzez kontrolowanie dostępu do spektakli jest więc nie tylko etycznie wątpliwa, ale też krótkowzroczna.
Teatr, który otacza się wyłącznie przychylnymi głosami, traci zdolność autorefleksji. Z kolei krytyk, który musi liczyć się z konsekwencjami swoich opinii w postaci ograniczenia dostępu do pracy, zostaje postawiony w sytuacji subtelnej, ale realnej presji. To nie jest już dialog – to układ zależności.
Nie chodzi o to, by negować prawo instytucji do kształtowania własnej polityki medialnej. Chodzi raczej o standardy, które przez lata wydawały się oczywiste: równość dostępu, przejrzystość zasad, oddzielenie oceny artystycznej od decyzji organizacyjnych. Ich naruszenie – nawet incydentalne – powinno budzić sprzeciw, bo uderza w podstawy funkcjonowania życia teatralnego jako przestrzeni publicznej.
Bo teatr, jeśli chce pozostać sztuką żywą, musi godzić się na to, że nie wszyscy będą klaskać na stojąco. A krytyk – nawet najbardziej niewygodny – nie jest wrogiem, lecz częścią tego samego świata.