Dyskusja wokół ministerialnego konkursu i Boskiej Komedii ujawnia coś więcej niż spór o pieniądze. To opowieść o środowisku, które coraz mniej wierzy w zasady gry – i coraz częściej mówi o nich językiem emocji zamiast argumentów.
Dyskusja, która rozlała się pod felietonem Malwiny Kiepiel, a także w innych miejscach – choćby w tekstach Witolda Mrozka – nie jest w gruncie rzeczy o jednym konkursie, jednym festiwalu czy jednej decyzji ministerialnej. Jest o czymś znacznie bardziej niepokojącym: o całkowitym rozjechaniu się języków, jakimi opisujemy kulturę, oraz o utracie zaufania do reguł, które mają ją organizować.
Bo jeśli spróbować streścić tę debatę, zobaczymy nie jedną rozmowę, lecz kilka równoległych monologów.
Pierwszy z nich to głos oburzenia – na decyzję ministerstwa, na brak środków, na nierówności. W tej perspektywie przykład Boskiej Komedii urasta do symbolu: skoro „najważniejszy festiwal” musi walczyć o środki, to znaczy, że system się chwieje. Albo – jak chcą inni – właśnie pokazuje swoje prawdziwe oblicze.
Drugi głos to realizm, a może raczej rezygnacja. „Tak było zawsze”, „punkty sobie, decyzje sobie”, „rezerwa ministra rozstrzyga” – to nie są opinie marginalne, lecz powtarzający się refren. W tym sensie konkurs przestaje być procedurą, a staje się rytuałem, którego wynik i tak zapada gdzie indziej.
Trzeci głos – najbardziej agresywny – to obrona status quo podszyta emocją środowiskowej lojalności. I tu pojawia się komentarz Tomasza Domagały, który w tej dyskusji wybrzmiał szczególnie mocno. Nie dlatego, że jest odosobniony, ale dlatego, że odsłania mechanizm, o którym rzadko mówi się wprost: splecenie krytyki z instytucjonalnym układem zależności.
Zarzut wobec Malwiny Kiepiel – że „nie zna regulaminu” – jest w tym kontekście wygodny. Sprowadza problem do poziomu formalnego, proceduralnego. Tymczasem z jej felietonu nie wynika niewiedza. Wynika coś innego: próba zadania pytania o sens całego mechanizmu.
Bo przecież sedno nie brzmi: czy minister mogła. Sedno brzmi: czy powinna – i według jakich kryteriów, które byłyby dla środowiska czytelne i wiarygodne.
Obrona decyzji poprzez literalne odwołanie do regulaminu przypomina sytuację, w której ktoś wygrywa mecz, zmieniając zasady w przerwie – a potem tłumaczy, że przecież wszystko odbyło się zgodnie z przepisami, które sam przed chwilą ustalił.
Nie mniej ciekawe jest jednak coś innego: ton tej dyskusji. Emotikony, ironiczne przytyki, personalne uszczypliwości. To nie jest tylko kwestia stylu. To jest pytanie o kondycję krytyki teatralnej jako takiej.
Czy krytyk – szczególnie ktoś od lat związany z konkretnymi instytucjami czy wydarzeniami – może sobie pozwolić na publiczne reagowanie w sposób, który bardziej przypomina media społecznościowe niż debatę ekspercką? Odpowiedź nie jest prosta, ale jedno wydaje się pewne: im silniejsze są powiązania środowiskowe, tym większa powinna być powściągliwość. Inaczej krytyka przestaje być krytyką, a zaczyna być komunikatem lojalnościowym.
W całej tej historii najłatwiej uderzyć w polityków. I rzeczywiście, decyzje podejmowane przez Martę Cienkowską stały się wygodnym celem. Tyle że sprowadzenie problemu do personaliów – do tezy, że „to polityczny żart” – niczego nie wyjaśnia. Bo podobne mechanizmy działały wcześniej i zapewne będą działać dalej.
Prawdziwy problem polega na tym, że system finansowania kultury w Polsce funkcjonuje dziś w stanie permanentnego niedopowiedzenia. Regulaminy istnieją, komisje punktują, ale ostateczne decyzje zapadają w przestrzeni uznaniowości. A tam, gdzie pojawia się uznaniowość, natychmiast pojawia się podejrzenie – o układy, sympatie, wpływy.
Dlatego z tej burzliwej, momentami chaotycznej dyskusji wyłania się wniosek dość prosty, choć niewygodny: nie chodzi o to, kto dostał pieniądze, a kto ich nie dostał. Chodzi o to, że coraz mniej osób wierzy, iż istnieją jasne i wspólne zasady gry.
A bez tej wiary każdy konkurs – nawet przeprowadzony idealnie – będzie postrzegany jako fikcja.
I być może to jest dziś najpoważniejszy kryzys polskiej kultury: nie brak pieniędzy, lecz brak zaufania.
MKiDN