Reżyserka Karolina Kowalczyk zamyka Grape’ów w czterech ścianach. Odcinając zewnętrzne rozpraszacze, próbuje przyjrzeć się jednostkom i ich relacjom — chwilami jednak traci to zadanie z oczu.
Historia rodziny Grape’ów jest znana — kto nie czytał doskonałej książki Petera Hedgesa, ten zapewne widział film z Johnnym Deppem w roli tytułowego Gilberta. Karolina Kowalczyk i Natalia Królak dokonały jednak radykalnego cięcia — wyrzuciły wątek Becky, małomiasteczkowy kontekst, zewnętrzny świat. Zostało to, co dla nich najbardziej interesujące i najważniejsze: relacje. Z żywymi i umarłymi. Z ciałem swoim i ciałami innych.
Nad wszystkimi góruje Bonnie (Michał Jarmicki) — mama-wieloryb, święta opiekunka, dogląda swojej świątyni z fotela na piętrze. Jej otyłość to więcej niż fizyczne ograniczenie — to dowód rodzinnej traumy, ciężar, który wygina deski i doprowadza dom do umęczonych westchnień.
Amy (Aleksandra Bożek) funkcjonuje jak „siostra bez ciała” — przezroczysta, skupiona na zastępowaniu uwięzionej matki. Ciało przypomina jednak o sobie z brutalnością — możliwą ciążą, która tę transparentność rozszarpuje. Wizja rozwijającego się w trzewiach płodu staje się pretekstem do rozdzierającego monologu, w którym słychać lęki nie tylko siostry Gilberta, ale i tysięcy współczesnych kobiet.
Ellen (Natalia Lange) reprezentuje ciała młode — w rozkwicie, ale też poranione, nieodporne na ostre pazury i słowa. Arnie (Daniel Krajewski) to ciało silne i słabe w swojej odmienności — chłopak z zespołem Downa staje się źródłem kłopotów, ale też niezwykłej czułości, rodzinnych kodów i rytuałów. Jednocześnie ciała stają się tu pretekstem do snucia opowieści o cierpieniach dusz.
Gilbert (Andrzej Kłak) ma sprawić, by ta rozbujana bólem i problemami łajba nie zatonęła. Niczym refren powraca oniryczna wizja rozmów z Albertem, który powiesił się na tej samej desce, która teraz ugina się pod ciężarem matki. Ojciec to już tylko duch.
Genialne rozwiązania dźwiękowe sprawiają, że cały dom stęka i pomrukuje. Drewniane kolumny po bokach sceny poruszają się, gdy matka wstaje z fotela. W kulminacyjnej scenie ratowania Arniego konstrukcja zaczyna falować. To skojarzenie z fundamentem — może naruszonym i chyboczącym, ale wciąż fundamentem — pokazuje pierwotną moc rodziny.
Koncentracja na temacie ciała i rodzinnej anatomii bólu zdaje się trafną decyzją narracyjną — dzięki temu spektakl ma konkretnie sformułowaną tezę. Zabrakło mi jednak głębszego rozpracowania postaci, zanurzenia w ich stanach. Na scenie dochodzi do dramaturgicznych tarć.
Wybuch i agresja Gilberta w stosunku do Arniego (absolutnie wstrząsająca scena w książce), jego oschłe reakcje na wyznania sióstr, zbyt drastyczne cięcia wątków (brak kontynuacji tematu ciąży Amy czy ran na ciele Ellen) zdają się dziwnie nieadekwatne w emocjonalnej opowieści o problemach rodziny. Przez to chwilami historia staje się płaska, zaledwie muśnięta — jakby twórczynie bały się zanurkować w mroki ludzkich doświadczeń. Obserwowałam tych bohaterów z szacunkiem, ale nie z fascynacją. Dom Grape’ów, pozbawiony zewnętrznych impulsów, stał się hermetyczny — nie tylko dla mieszkańców, ale i widzów.
https://www.powszechny.com/pl