Slide
previous arrow
next arrow
Igraszka Wojtaszka - Teatr dla Wszystkich

Igraszka Wojtaszka

Na afiszu

Igraszka Wojtaszka

O spektaklu “Aktorzy w dobrej wierze. Próba” Pierre’a de Marivaux w reż. Edwarda Wojtaszka w Teatrze Polskim w Warszawie pisze Tomasz Flasiński.

Opublikowano: 2025-05-12
fot. Karolina Jóźwiak

Rozumiem zamysł. Reżyser Edward Wojtaszek postanowił zacząć od Aktorów w dobrej wierze, ostatniej sztuki Pierre’a de Marivaux, której nową popularność w XX wieku przyniosła koncepcja teatru w teatrze, antycypująca choćby Pirandella (dziś rzecz może się wydawać nowoczesna z całkiem innych przyczyn: sposób, w jaki Merlin tresuje swoich aktorów, uparcie przywodzi na myśl współczesną dyskusję o przekraczaniu granic w zawodzie i książkę Igi Dzieciuchowicz). A po przerwie, rozluźnionym i oswojonym z myślą, że wszystkie te zabawne intryżki to ostatecznie pogodna komedia, przyłożyć nam Próbą. W której – dzięki podobieństwu anturażu i fabuły – nastawiamy się na podobną zabawę, tylko po to, by śmiech szybko ugrzązł nam w gardle, byśmy – jak bohaterowie – skończyli wstrząśnięci i przeczołgani. Sprytny pomysł, tym bardziej że sztuk Marivaux w Polsce prawie się nie wystawia i mało kto byłby w stanie przewidzieć haczyk. Wojtaszek próbował poigrać naszymi uczuciami, posłać kpiarski uśmiech klauna, którego znaczenie pojmiemy dopiero, gdy skończymy w błocie.

Rozumiem zamysł – ale powiem wprost, że nie wyszedł. Z prostej przyczyny: w Aktorów nie zdołali tchnąć życia ani aktorzy, ani reżyser. Sztafaż z epoki zmienił się wręcz w koturnowość. W programie realizatorzy sławią Marivaux za to, że postacie pisał bardziej wielopłaszczyznowe niż Molier, ale na scenie nie odrobiono lekcji mistrza. Z wyjątkiem gwiazdora Polskiego, Pawła Krucza (Merlin), wszyscy bohaterowie są przewidywalni, prowadzeni jak po sznurku, niekiedy grani przez całą sztukę jednym akordem. Owszem, śmiejemy się, gdy na przykład Erastowi (Krzysztof Kwiatkowski) rzednie mina na wieść, kogo ma poślubić z rozkazu przebogatej ciotki. Ale to taki uśmiech, jaki wychodzi na twarz lalkarza szczęśliwego, że marionetka przekonująco rozdziawia gębę tak, jak ją zaprojektowano. Nie udało się tych figur uczłowieczyć; najwięcej głębi ma paradoksalnie scenografia (Weronika Karwowska), tonąca w zieleni fałszywie sielskiej Arkadii.

Przyznaję, że gdyby nie obowiązki recenzenta, rozważałbym w przerwie salwowanie się ucieczką. Po takiej przystawce nie ma się ochoty na danie główne – prędzej na to, by szybko uiścić rachunek i nie zostawić tipa. A byłby to błąd ogromny. Próba od pierwszego momentu znajduje puls i rytm. Dekoracje niemal te same, ale inaczej oświetlone – tonące w mroku; aktorzy grają, jakby ich kto podmienił, wciągając nas w towarzyską grę, która szybko przytłacza ich i nas zgęstkami cienia.

Do ról życia może zaliczyć swoją Andżelikę Irmina Liszkowska. Dawno, a może nigdy, nie widziałem na scenie tak autentycznie zagranej pierwszej miłości nastolatki – tak trafiającego w sedno zrozumienia wieku, gdy ma się uczucia, ale kłopot sprawia znalezienie dla nich słów, a potem skonfrontowanie ich z drugą osobą. Zawód i depresja dziewczyny są – również dla nas – miażdżące. Gdy Andżelika z roziskrzonymi oczami niemal wyznaje miłość ukochanemu, widz – który wie, że zaraz całe to szczęście zostanie brutalnie zdeptane – odczuwa wręcz fizyczny ból. A przynajmniej tak było ze mną.

Groza chwyta za gardło również w scenach z Błażejem (Jakub Kordas), ale z innego powodu. Kordas jako chytry rządca potrafi w sekundę przejść od arogancji do przymilności lub usłużności – i odwrotnie – zależnie od tego, gdzie zwęszy korzyści. A ma węch ogara. Słowa w jego ustach to jak smyczek pod palcami genialnego skrzypka: gdy trzeba, gładko zmienia piano na forte, rozlewność w ostre tony. Nie jest też ani trochę przerysowany, nie krzyczy całym sobą, jaki z niego oślizgły typ. Przez cały czas sprawia wrażenie zwykłego chłopaka z sąsiedztwa. I może dlatego tak przeraża.

To już dwie wielkie role, a przecież Paweł Krucz (Frontin) również tu zademonstrował niemały kunszt. Przed przerwą był demiurgiem wagi muszej, wiecznie pokrzykującym artystą przekonanym, że inni do jego wielkości nie dorośli. Po przerwie przypada mu postać całkiem inna: sympatycznego i zacnego służącego, zmuszonego uczestniczyć w podejrzanych spiskach pana, choć sam żadnej korzyści z tego nie wyniesie. Zna ludzką naturę lepiej od swego chlebodawcy. W scenie jego konfrontacji z Lizą widzimy całe rozdarcie podwładnego, który zdaje sobie sprawę, że słuchając poleceń szefa nie tylko najpewniej zaszkodzi jemu, ale może też przegapić własną szansę na miłość. By zbudować tak świadomego bohatera, trzeba samemu być niezwykle świadomym aktorem. A trzeba dodać, że Krucz – choć już nie młodzieniaszek – wyposażył swego Frontina także w przekonującą chłopięcą fantazję. Gdyby Polski chciał kontynuować szekspirowskie Kroniki królewskie, to Henryka V już ma.

W cieniu powyższej trójki trochę ginie Lucidor (Krzysztof Kwiatkowski), przecież spiritus movens całej afery. Nosi czerwony płaszcz Mefistofelesa, ale to Mefisto bez polotu. Z Lucidora zresztą żaden czart – można nawet zrozumieć chęć sprawdzenia, czy młoda panienka z prowincji kocha się w nim samym, czy raczej w pieniądzach. Tym bardziej że w wykonaniu Kwiatkowskiego to wcale nie „zakochany młodzieniec”, jak zapowiadał dział prasowy, lecz łysiejący pan w średnim wieku. Odgrywa rolę poprawnie, ale nie dowiadujemy się, czemu bogacz z Paryża idzie tak daleko, czemu brnie w niebezpieczną grę z żelazną konsekwencją, aż kończy się spustoszeniem, którego nie naprawią nawet miliony franków. Jeśli Kwiatkowski miał poczucie, że gra zblazowanego libertyna, który nie całkiem wie, co począć ze świeżym uczuciem (swoim i cudzym), to wyszło średnio. Bardziej jednak prawdopodobne, że pomysłu na tę rolę nie miał ani on, ani Wojtaszek. Co dziwne, bo koncepcja samej Próby wygląda na głęboko przemyślaną. Widać to choćby po chirurgicznej precyzji cięć w oryginalnym tekście, gdzie usunięto różne szczegóły biorące upokorzenia bohaterów w nawias – z finalną śpiewogrą na czele.

W tym odcinku arcyciekawego serialu pt. Teatr Polski szuka pomysłów, jak uwypuklić aktualność starych mistrzów, Tygrys został odbryknięty. Wojtaszek pragnął nas przekonać, że po ćwierci tysiąclecia z okładem Marivaux nie zatracił siły rażenia – i to mu się udało. Ale po drodze chciał jeszcze zagrać na emocjach widzów – z efektem nie lepszym niż w przypadku miłosnych gier Lucidora. Skupieni na utworze trudniejszym, który wykonali w sposób zapierający dech w piersiach, reżyser i jego trupa wyraźnie odpuścili łatwiejszy – i polegli. Materia teatru zadrwiła z wodzireja, przypominając, że złożone plany często wymykają się spod kontroli. I że komedii nie wolno lekceważyć, bo wymaga nie mniej niż inne gatunki. Jest jak służący ze sztuk Marivaux – wcale nie taki prosty, jak się panom wydaje.

Kategorie:

Cytat Dnia

„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”

PikWroclaw.pl o „Odysei”, reż. Małgorzata Warsicka; 27.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL