„Hamlet” zaklęty w śląskiej familii
O spektaklu „Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku” w reż. Roberta Talarczyka z Teatru Śląskiego na 30. Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku pisze Aram Stern.
fot. Dawid Linkowski




O spektaklu „Tragedyjo Hamleta, ksiyncia Dynymarku” w reż. Roberta Talarczyka z Teatru Śląskiego na 30. Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku pisze Aram Stern.
fot. Dawid Linkowski
Pierwsze w dziejach teatru wystawienie arcydzieła Szekspira w całości w języku śląskim (ślōnskij gŏdce w przekładzie Mirosława Syniawy) i wyreżyserowane przez Roberta Talarczyka jest w tym roku jednym z trzech spektakli aspirujących do Złotego Yoricka 30. Festiwalu Szekspirowskiego.
Ta przewrotna interpretacja „Hamleta” umieszcza „duński” dramat w górnośląskiej grubie. I nie tylko językiem, ale także rockową energią oraz znakomitymi kreacjami aktorskimi niecnie wpisuje się w „pochwałę szaleństwa” – hasło tegorocznej odsłony festiwalu.
W oprawie sceny z charakterystycznym kołem szybu, pochylnią transportową i stalowymi drzwiami – tak charakterystycznymi dla kopalń węgla kamiennego – autorzy scenografii oraz kostiumów Marcel Sławiński i Katarzyna Sobańska ulokowali także gabloty ekspozycyjne, z których niczym z podziemnej trasy turystycznej wyjdą Hamlet (Paweł Kempa) w kostiumie stylizowanym na górniczy strój i Ofelija (Ewelina Adamska-Porczyk) w białej sukni i czarnej marynarce. Dwór Klaudiusza (Marcin Gaweł) i Gertrudy (Barbara Lubos-Rokita) nosi żółto-niebieskie barwy – znaki te świadczą, że zamek w Elsynorze stać mógłby gdzieś na terenie Górnego Śląska.
Z tym regionem związany jest i język niosący tak silnie kulturową tożsamość Ślązaków. Jednakże w spektaklu z Katowic widz wychowany poza orbitą języka śląskiego początkowo może poczuć emocjonalny dyskomfort: jakże to – dworskie akty, słynne monologi brzmią jakby na „ludowo”? Gdzie w nich złożone struktury gramatyczne oraz innowacyjne użycie metafor i symboliki Szekspira? Skoro według Edwarda Sapira i Benjamina Lee Whorfa „język całkowicie determinuje myślenie i zachowania ludzi – a struktury językowe decydują o postrzeganiu własnego «ja» przez jednostkę, a także osadzają ją w pewnych schematach poznawczych” – to poza Śląskiem paradygmat „Tragedyji Hamleta” powinien skierować uwagę widza na inne zastosowane środki inscenizacyjne: grę aktorską, choreografię czy muzykę.
Tak więc dla doświadczonych gości Festiwalu Szekspirowskiego śląskie zabiegi nad „Hamletem” w reżyserii Talarczyka mogą się okazać zaskakujące w wielu innych niż tylko językowych mechanizmach zastosowanych w budowaniu dramaturgii spektaklu. Hamletowi kreowanemu przez Pawła Kempę brakuje dostojności, jest trochę „naszym synkiem” – zwyczajnym chłopakiem ze śląskich familoków, może do pewnego stopnia prostym, ale bardzo konkretnym. Nieco cynicznie, ale ze stonowaną determinacją próbuje on znaleźć się pomiędzy nowoczesnością Niemiec, z których przybył po studiach, a hajmatem spętanym ograniczeniami, doświadczeniami i Duchem ojca (Robert Talarczyk). Jest w postaci Hamleta sporo sensualnej dwuznaczności: przemocowo-homoseksualnej w scenach z Rosencrantzem (Jan Jakubik) i Guildensternem (Aleksandra Przybył) – choć podkreśla, że „stroni od kobiet i od mężczyzn” – a innej, przyjaźnie chłodnej, w scenach z Horacjem (Dariusz Chojnacki), i zupełnie beznamiętnej w relacji z Ofeliją.
W kontrastowej kreacji Eweliny Adamskiej-Porczyk (jednocześnie autorki wspaniałej choreografii do spektaklu) spotykamy Ofeliję spętaną energią kontestacji. Nie kobietę bezradnie zakochaną, lecz do końca próbującą przeciwstawić się opresji. W takiej dramaturgii postaci, opartej przede wszystkim na ruchu i mimice, znajdujemy jedną z najwspanialszych, niezwykle awangardowych kreacji szekspirowskiej Ofelii prezentowanych na gdańskim Festiwalu w ostatnich latach.
Ciekawym zabiegiem okazało się również wysunięcie na pierwszy plan postaci apodyktycznego Poloniusza w wykonaniu Grażyny Bułki. U Talarczyka sceniczna charyzma Grażyny Bułki znakomicie i przewrotnie podkreśla przemocowość Poloniusza.
Robert Talarczyk puszcza oko do widowni także w reżyserowaniu postaci Klaudiusza we wspaniałej kreacji Marcina Gawła. Król Danii – jeden z najbardziej przerażających tyranów w literaturze renesansowej – w katowickim spektaklu jest postacią rubaszną, która swój spryt i wyrachowanie chowa w kuflu piwa lub górniczym czako na głowie. Do końca błoznuje, próbując zabawić i dwór, i publiczność (którą częstuje bombonami „Kopalniokami”) w stylu zabawy barbórkowej. Tymi gestami buduje poczucie familiarności i staje się postacią bardziej ludzką.
Gorącą owacją festiwalowa widownia nagrodziła kapitalny epizod grabarzy w wykonaniu obecnego rektora Uniwersytetu Śląskiego (Piyrszy Kopidōł: Ryszard Koziołek) oraz byłego (Drugi Kopidōł: Tadeusz Sławek). W spektaklu Talarczyka profesorowie są na samym dole, przy ziemi, wśród rozkładających się ciał i szczątków tego, co pozostaje w człowieku. To przecież jako grabarze, a nie uczeni i władcy, otrzymują w dramacie Szekspira szczególny przywilej mówienia o śmierci bez patosu i pozorów.
Do wspomnianej już choreografii Eweliny Adamskiej-Porczyk (imponująco spotęgowanej przez rytm, ruch i głośny dźwięk w „Zabójstwie Gonzagi”) Talarczyk dokłada eklektyczną muzykę Jerzego Mączyńskiego, w której można usłyszeć zarówno elementy punk rocka, heavy metalu, i melodię „Wyrwij murom zęby krat”, motyw z filmu „Most na rzece Kwai”, jak i w finale wymruczaną „Rotę”.
Słynny monolog Hamleta reżyser przesunął na koniec przedstawienia, słusznie zakładając, że może go wygłosić człowiek już doświadczony – Hamlet stojący w górniczej szatni (cechowni) z wiszącymi na łańcuszkach kostiumami. Gdy umiera – ogromne pęknięte serce z węgla także zawiśnie nad sceną. Ale Talarczyk jeszcze nie kończy. Narrację nad martwym Hamletem uporządkuje w języku polskim Fortynbras, czyli Krzysztof Głuchowski, dyrektor Teatru Słowackiego w Krakowie. I ogłosi własną, polską wiktorię… a przewrotnie Talarczyk w finale mrugnie okiem i do Polaków i do Ślązaków, by zatrzymali się, zanim zbyt wiele powiedzą, upajając się zbytnio swoimi ojczyznami.
Koło napędowe chwilowo się zatrzymało. Krąg „Hamleta” zaklętego w śląskiej familii i tożsamości toczy się jednak dalej, nawet bez formalnego uznania języka – dzięki takim grajfnym (=zręcznym) spektaklom w śląskiej gōdce.
Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego
„Spektakl jest mroczny nie tylko w sensie metaforycznym. Także całkiem dosłownie: na scenie jest bardzo ciemno”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.