W zamyśle (i stąd jej cenzuralne przygody) miała ta opera rozbudzać gniew na zaborcę. Mój rozbudziła. Od lat nie czułem takiej nienawiści wobec caratu. Gdyby nie rozbiory i nie rosyjski ucisk, pod którym zaczęło się Polakom zdawać, że miłość ojczyzny jest jedynym godnym artysty tematem, może by Zygmunt Noskowski dał nam dzieło na miarę „Falstaffa” czy „Lohengrina”, zamiast wypisów z podręcznika młodego powstańca.
Nie mam wątpliwości, że właśnie libretto nie przetrwało próby czasu i to za jego sprawą „Wyrok” popadł w zapomnienie na stulecie z hakiem – tak jak dzieła utkane z antykomunistycznych aluzji powędrowały na ogół do lamusa zaraz po wyprowadzeniu sztandaru PZPR. Zbyt wiele tu klisz, zbyt wiele rzeczy jest dla bohaterów oczywiste: że słusznym jest zabić ukochaną osobę za niedostatek patriotyzmu, że nic tak nie rozpala kobiecych uczuć jak bitewne rany na męskiej piersi, że logiczną konsekwencją zostawienia dziecka pod tacierzyńską opieką jest śmierć malca. Zgrzytałem zębami wychodząc z teatru, a jednak nie będę pisał, że to patriotyczny szajs. Bo fabuła – zaadaptowany na libretto dramat Aurelego Urbańskiego „Ksenia” – jest zdumiewająco zniuansowana jak na miejsce i czas premiery, gdy w cenie był jasny podział źli/dobrzy. Kosty nie obchodzi czyn narodowowyzwoleńczy, idzie tam, gdzie mu gwarantują dobrą płacę i spokojny byt, ale czyni tak dlatego, że chce zapewnić najmilszej lepsze jutro. Lena odwzajemnia tę miłość i nie porzuca jej nawet wtedy, gdy zabija kochanka za zdradę powstania. Angelos/Georgios to dzielny patriota, ale wystarczy, by sobie chwilę pośpiewał, a zaczynamy rozumieć, czemu żona nie umiała z nim wytrzymać. Poza „Halką” nie umiałbym wskazać polskiej opery z lat zaborów, w której znaleźlibyśmy taką psychologiczną głębię.
Libretto ma też niebagatelne walory w sensie językowym. Tu nie uświadczymy kiczu i niedołężnych rymów gnębiących teksty dzieł Żeleńskiego czy Dobrzyńskiego. Kompozytor wiedział, co wybrać, i wiedział, jak oddać sprawiedliwość materii literackiej. To pierwsza od dawna słyszana przeze mnie opera po polsku, w której rozumiałem każde słowo.
Bo triumf koncertowej wersji „Wyroku” na poznańskiej scenie był przede wszystkim triumfem samego Noskowskiego. Pokazało się wyraźnie, że to on był brakującym ogniwem między Moniuszką a Szymanowskim, nawiasem mówiąc – swym uczniem. Że wytrzymuje spokojnie porównanie z późnym Dvořákiem, a nawet go miejscami przewyższa. Że nie bez kozery zażywał sławy mistrza instrumentacji. Orkiestra jest tu miejscami kolejną postacią libretta, przewrotną, wymowną i fascynującą jak szekspirowski Puk. Te nagłe wejścia harfy, które zaskakują nas za każdym razem inaczej (za pierwszym wżarła się ona w muzyczną tkankę tak znienacka, że wziąłem ją w zdumieniu za dzwonek jakiejś komórki) i za każdym razem odmiennie dopełniają narrację; ten fenomenalny akompaniament drewna w wielkiej arii Angelosa; te niespodziewane momenty, w których śpiewak urywa słowo i nagle jego „partię” przejmują muzycy… I wszystko to koniec końców dla zilustrowania rozważań, czy Bóg prędzej wybaczy zdradę rodziny, miłości, czy jednak ojczyzny? Carze, carze, jak mogłeś?!
Wykonawcy dostali w swoje ręce klejnot, ale też umieli z niego wydobyć pełen blask. Tego wieczoru nie było wśród nich słabych ogniw, nie było nawet przeciętnych ogniw. Szymon Mechliński – spiritus movens całego przedsięwzięcia – rozwinął się wspaniale, odkąd go ostatnio widziałem, a za arię dostał zasłużenie brawa, jakich nie słyszałem w środku spektaklu od lat. To już jeden z najwybitniejszych barytonów polskich, dojrzały chyba, by śpiewać Ryszarda Straussa czy Brittena. Joanna Zawartko – pomijając jej problem z rozśpiewaniem się na wejściu, gdy głos miała jakby przydymiony – zaimponowała dojrzałą interpretacją partii i techniką oddechu pozwalającą czarować przedłużonym dźwiękiem, podobnie zresztą jak Mechliński. Piotr Buszewski był świetnym wyborem do roli Kosty – od pierwszych chwil brzmi wężowo niczym Jagon, unikając jednak tanich efektów, bo ich nie potrzebuje. Równie dobrze spisali się comprimari: porywający szlachetnym brzmieniem Damian Konieczek (Marco), Adrian Janus (Dimo), Damian Suchożebrski (Nikitas) oraz – absolutnie nie należy o nich zapominać – chórzyści Wielkiego, którzy zabłysnęli szczególnie w uroczej i nietypowej pieśni janczarów z finału I aktu.
Także orkiestra pod batutą wyśmienitej Marty Kluczyńskiej jakby dostała skrzydeł, a miała przecież – to Noskowski! – zadanie niezwykle trudne.
Poznański teatr ma wielkie zasługi w reanimowaniu zapomnianych arcydzieł polskiej opery: to tu krajowa publiczność po raz pierwszy obejrzała „Cyberiadę” Meyera i „Portret” Wajnberga. „Wyrok” jest kolejną pozycją na tej liście zasług i miejmy nadzieję, że będzie ona dłuższa. Brak u nas może aż tylu zapomnianych skarbów co gdzie indziej, ale to i owo (Morawski? Gablenz? Tansman? Knapik? Kulenty?) jeszcze z pewnością się znajdzie.
PS. Łyżka dziegciu. Teatr Wielki naprawdę mógł się szarpnąć i wydrukować libretto w programie, albo chociaż zamieścić je w Internecie (jak przy „Śpiewakach norymberskich”). Po pierwsze, nie mamy wielu szans na znalezienie go gdzie indziej, po drugie, przy wykonaniu koncertowym nie znając didaskaliów łatwo coś przeoczyć (o tym, że Lena zastrzeliła Kostę, a nie np. dźgnęła nożem, wiem tylko z eseju Grzegorza Zieziuli), po trzecie, ilość błędów w tekście na tablicy świetlnej przekroczyła tym razem miarę.
https://opera.poznan.pl/pl/wyrok#producers