Zdarza się w teatrze rzadko: spektakl nie tyle wraca, ile powraca inaczej, za każdym razem wpisując się w nowy moment biograficzny aktorki, widza i wspólnoty, która go odbiera. „Biała bluzka” należy do tej nielicznej grupy przedstawień, które nie dają się zamknąć w jednej premierze, jednej inscenizacji ani nawet w jednym medium. Oglądana wczoraj w realizacji telewizyjnej, po latach kontaktów z wersjami scenicznymi, uświadamia, że jej fenomen polega nie na niezmienności, lecz na pracy czasu, jaki wykonuje zarówno na tekście, jak i na ciele aktorki.
Nie jest to bowiem spektakl o historii w sensie rekonstrukcyjnym. Choć zakorzeniony w realiach Polski początku lat 80., „Biała bluzka” nie działa jak dokument epoki. Raczej jak pamięć jednostkowa, która selekcjonuje, deformuje, ironizuje i ucieka w język. Polityczność tej opowieści nigdy nie polegała na publicystyce. Jest raczej efektem napięcia między prywatnym doświadczeniem kobiety a rzeczywistością, która narzuca rytmy, lęki i ograniczenia. Dlatego spektakl nie starzeje się wraz z odejściem PRL-u – przeciwnie, każda kolejna dekada dopisuje mu nowe sensy.
„Biała bluzka” pozostaje interesującym przypadkiem monodramu hybrydowego. Łączy bowiem cechy teatru jednego aktora, recitalu aktorskiego i narracji autobiograficznej, choć żadnej z tych form nie realizuje w czystej postaci. To teatr mówiony głosem jednej osoby, ale jednocześnie dialogiczny – wewnętrznie rozdwojony, prowadzony z nieobecnymi partnerami, z widownią i z własną przeszłością. W tym sensie Elżbieta nie jest klasyczną bohaterką sceniczną, lecz figurą świadomości: zapisem myśli, impulsów, lęków i ucieczek.
Kluczowe wydaje się to, że wraz z upływem lat zmienia się punkt ciężkości spektaklu. Dawniej dominowała energia młodzieńczej niezgody, anarchiczny ruch przeciwko normalizacji. Dziś coraz wyraźniej słychać w tej opowieści zmęczenie wolnością, która nie przyniosła spełnienia, oraz gorycz wyborów, które miały być tymczasowe, a okazały się ostateczne. To nie jest już tylko portret dziewczyny „na zakręcie”, lecz kobiety, która ten zakręt pokonuje wciąż w tym samym miejscu.
Właśnie w tym przesunięciu tkwi siła kolejnych odsłon „Białej bluzki”. Spektakl nie udaje, że czas nie istnieje. Przeciwnie – czyni go swoim głównym sprzymierzeńcem. Dojrzałość aktorki, zmieniony głos, inna ekonomia gestu i pauzy nie są przeszkodą, lecz warunkiem prawdy scenicznej. Głos, który nie brzmi już gładko, niesie większy ciężar doświadczenia; śpiew, który nie epatuje łatwością, zyskuje wiarygodność. Teatralna perfekcja ustępuje miejsca egzystencjalnej szczerości.
Telewizyjna realizacja uwydatnia jeszcze jeden aspekt fenomenu tego spektaklu: jego zdolność do intymnego kontaktu z widzem. Kamera, zbliżenia, kontrola rytmu sprawiają, że „Biała bluzka” traci wymiar estradowy, a zyskuje charakter osobistego wyznania. Nie jest to jednak spowiedź ani sentymentalny powrót do przeszłości. To raczej rozmowa z samą sobą, prowadzona publicznie – rozmowa, której sens polega na niepewności, zawieszeniu i braku jednoznacznych konkluzji.
Fenomen „Białej bluzki” polega także na tym, że spektakl ten nie próbuje przypodobać się nowym pokoleniom poprzez uproszczenie przekazu. Nie tłumaczy świata nadmiernie, nie wygładza sprzeczności. Zakłada kompetencję widza – jego gotowość do słuchania i współodczuwania. Być może dlatego wciąż działa: nie jako lekcja historii, lecz jako opowieść o niemożności ułożenia sobie życia według gotowych scenariuszy.
W teatrze rzadko mamy do czynienia z dziełem, które tak wyraźnie pokazuje, że sens przedstawienia nie jest dany raz na zawsze. „Biała bluzka” istnieje tylko w relacji z czasem: czasem bohaterki, aktorki i widza. I właśnie dlatego, paradoksalnie, pozostaje jednym z najbardziej trwałych punktów odniesienia polskiego teatru ostatnich dekad.
https://teatrtv.vod.tvp.pl/89756507/biala-bluzka