Mężczyźni objaśniają mi świat” w Teatrze Narodowym punktuje Rebeccę Solnit za elitaryzm i szafowanie oczywistościami dla (białych) pań z dużych miast. Szkoda, że spektakl wnikliwiej nie rewiduje zarzutów, sam porusza się po bezpiecznych terenach i unika stanowczego stanowiska.
Hotel w Aspen. Rebecca Solnit (Aleksandra Justa) wchodzi na scenę, popychając przed sobą czerwoną mównicę. Od razu dostajemy sygnał, że amerykańska eseistka i ikona (pop)feminizmu to centralna postać spektaklu – chociaż nie będzie to przedstawienie biograficzne, ale odwołanie do konkretnego eseju, a może nawet bardziej do jego tematu.
Jednak im głębiej zanurzamy się w hotelowe wnętrza, tym mniej jasne staje się, o czym dokładnie chcieli opowiedzieć reżyserka Klaudia Gębska i Mariusz Gołosz (scenariusz) – fakt, tekst ma potencjał humorystyczny i jest błyskotliwie napisany, zaledwie inspirowany ujęciami z popularnej książki, ale jednocześnie brak w tej narracji pewności, jaki dokładnie ładunek ma przenieść.
Spektaklowa Solnit jest bezczelna i arogancka. Wchodzi do pokoju Kamili (Edyta Olszówka) i jej córki Agnieszki – swoją drogą wielkiej fanki pisarki, co grająca dziewczynę Zuzanna Saporznikow pokazuje doskonale i przekomicznie – a następnie krytykuje je za oglądanie komedii romantycznej, a tym samym przyklaskiwanie „feminizmowi z TVN-u”. Innym razem strofuje biolożkę (Patrycja Soliman) za brak reakcji na męską pychę. Stawia się „ponad” i ocenia. Przejmuje rolę tłumaczki świata, sędziuje, co jest „dobrym”, a co „złym” feminizmem. Co jeszcze znamienne – Agnieszka, studentka kulturoznawstwa, która chwilę temu mogła Solnit cytować z pamięci – nagle ogranicza swoją reakcję do „chyba musi już pani iść”. Eseistka wzbudza emocje, ale nie przywiązanie?
Kto zatem jest „dobrą feministką” i czy trzeba to wartościować? Czwarta fala feminizmu to wydmuszka? Czytanie książek jest nic nie warte, bo warte cokolwiek jest wojowanie ze sztandarem i rzucanie przekleństw do dziada, który się mądrzy? Solnit porywa tłumy płytkimi tezami – i co dalej? Twórcy stawiają kilka ciekawych pytań, ale nie podsuwają możliwych odpowiedzi.
Wystawiają autorkę na śmieszność, sugerują, że jej myśli są mało odkrywcze, a już na pewno nieprzydatne dla określonej grupy kobiet, ale nie argumentują, co w zamian i co w związku z tym. Etykietują, zamiast merytorycznie punktować.
Mocną stroną spektaklu są plastyczna scenografia (Julia Furdyna, Zofia Tomalska) i ciekawe kreacje aktorskie – Edyta Olszówka w rolach Kamili i Laury Palmer oraz Zuzanna Saporznikow jako Agnieszka precyzyjnie balansują pomiędzy powagą a komedią; cudowna jako biolożka-padawanka jest Patrycja Soliman. Anna Lobedan intryguje delikatnością.