Oczami wyobraźni widzę kuzyna zapisującego gęstym pędzlem „Dżem” na bladej ścianie. Wracają wspomnienia z koncertów, na których od wokalu ważniejsze były żywe emocje. Słyszę tę zmęczoną chrypkę, stapiającą się z beztroskim, nieco brudnym brzmieniem. A potem przychodzi Rysiek ze Śląska – i nagle nic nie widzę.
Nie widzę, bo spektakl zamiast wzmacniać nostalgię, uruchamia przede wszystkim smutek. Już w pierwszej scenie Rysiek ucharakteryzowany na Chrystusa mówi o mroku religii, używek i życia jako takiego. Tym gestem zaprasza nas do wehikułu czasu, cofającego w okres naznaczony nałogiem i opresyjnym systemem. To decyzja odważna i w pewnym sensie godna szacunku. Dużo łatwiej byłoby puścić kilka szlagierów i potańczyć w zdartych trampkach. Zamiast tego twórcy wybierają rewizjonizm: odchodzą od popkulturowej legendy i zadają pytania znane z polskich domów.
Rysiek ze Śląska przypomina tych chłopaków z podstawówki, którzy zabierali kolegom kapcie, dostawali jedynki i pachnieli papierosami. Jest człowiekiem ulepionym z czasu, miejsca i środowiska. Scenografia konsekwentnie to podkreśla – czarne złoto dosłownie wylewa się ze sceny, wśród makiet miasta, ekranów i świetnej pracy oświetleniowców.
Problem zaczyna się, gdy spektakl próbuje wejść głębiej w twórczość Riedla. Wokalne sceny nie oddają emocjonalnego ciężaru, który był znakiem rozpoznawczym Dżemu. Nie twierdzę, że są źle zaśpiewane, ale czysty głos i nieskazitelna figura Siekluckiego nijak mają się do energii, jaką niosły te utwory. Wszystko wypada zbyt sterylnie, zbyt gładko, mało wiarygodnie.
Szkoda również, że reżyser tak mocno oparł spektakl na monologach. To znacząco ogranicza postacie drugoplanowe. Relacje z ojcem, matką czy nauczycielką są sprowadzone do anegdot, krótkich wymian zdań czy segmentów komediowych.
Te ostatnie budzą zresztą duże wątpliwości. Aktorzy w kilku momentach przekraczają granicę sceny i wciągają widzów do zabawy: trzeba podnosić ręce, odpowiadać na pytania, a nawet pić alkohol na fikcyjnym weselu. Z jednej strony rozumiem tę decyzję – dobrze pokazuje, jak łatwo tłum przejmuje narrację i zawiesza krytyczne myślenie. Z drugiej strony, patrząc po widowni, wydawało mi się, że to po prostu krótka zabawa, odskocznia od spektaklu. Jak wiadomo, alkoholizm jest zły, ale kto odmówi małpki Riedlowi?
Gdyby twórcy od początku wyraźniej określili konwencję, przepaść między scenami klasycznymi a tymi interaktywnymi byłaby zdecydowanie mniejsza.
Rysiek nie musi być Billem Morrisonem. Co więcej, nie musi być nawet Riedlem. Jednak powinien być rozgrzany jak piec – tym bardziej kiedy wyraża się poprzez twórczość Riedla. W przedstawieniu Siekluckiego jest blady jak ściana albo rozgrzany jak wujek na polskim weselu. Całości brakuje balansu – w portretowaniu bohatera, w tonie opowiadanej historii, jak również w jej dynamice.