Nowy spektakl Klaty to ogłuszający krzyk wykolejonej historii. Z jednej strony to dobrze, bo nie ma nic bardziej wyzwalającego dla opętanego narodu niż krzyk. Z drugiej — kiedy myślę o wojnie, najbardziej przeraża mnie cisza.
Krzyk
Okopy, uciemiężona Wita, przeraźliwy wrzask wokalisty zespołu Gruzja i niskorosły powstaniec panicznie okrążający matkę. Zespół budzi grozę i niepokój, sprawia, że co wrażliwsi widzowie zatykają uszy. Powstaniec wywołuje konsternację. Gdzie jesteśmy? Kiedy? Czy strój bądź muzyka odpowiadają na te pytania?
Chyba nie. I chyba nawet nie muszą. Krzyk historii nie jest afektywny — to efekt postaw i mitów, które nakładały się na siebie, nakładają i będą nakładać. To ponadczasowy ruch mas. Klata te masy rozpoznaje, przebiera i wprawia w ruch, dokopując się w ten sposób do zaborów. Robi to zresztą kapitalnie.
Reżyser płynnie zmienia plany, tła i platformy, różnorodnością nie raz prześcigając filmowe widowiska. Nie boi się sporadycznego wykorzystania materiałów wideo, dronów czy niemieckiego techno. Całość wspiera choreografią i kostiumami, które nie tylko mieszają tradycje epok ze współczesnym sznytem, ale też świetnie działają scenicznie. Już samym sposobem, w jaki ciągnie się peleryna króla, Klata dewaluuje autorytet postaci. Tak samo ogałaca Imperatorkę, a jej poddanych erotyzuje.
W „Termopilach polskich” szuka się podobieństw między językiem współczesnym, wyśrubowaną dyplomacją a osobistymi popędami. Z jednej strony budzi to podziw — Klata jest skuteczny w realizacji własnych celów — jednak nie zawsze dobrze je stawia. Wiele scen wydaje się postmodernistyczną zabawką, która więcej mówi o współczesnej kulturze niż o przyczynach wojny i jej przebiegu. Cały segment poświęcony carycy to zbiór gagów podrasowanych do wersji „dla dorosłych”. Większość scen intryguje, trzyma tempo, inscenizacyjnie zachwyca, ale nie budzi głębszej refleksji. Dodatkowo ciągłe zmiany języka sprawiają, że niektóre postaci czy wydarzenia historyczne trudno jednoznacznie zidentyfikować.
Cisza
Dlatego zdecydowanie bliżej mi do momentów, w których formalny hałas ustępuje refleksji. A widzę ją w kilku scenach. Jedną z nich jest odśpiewanie hymnu, połączone ze skierowaniem w stronę widowni scenicznych reflektorów.
Wstać? Nie wstać? Z jednej strony Brecht nauczył mnie, by nie mylić teatralnej prowokacji z realną powinnością. Z drugiej — wszyscy wstają. Śpiewać? Śpiewają ci, którzy zaraz Polskę sprzedadzą. Czy jestem lepszy? — tak myślałem.
A jednak wstałem. Lubię momenty, kiedy teatr na chwilę staje się prawdą, kiedy chcę oddać mu się w pełni. Czułem, że moim obowiązkiem jest stać, dać wyraz patriotyzmu, nawet jeśli to tylko wspólnotowa fikcja.
Poruszyła mnie też scena z królem, który — wbrew opiniom wielu krytyków — wcale nie przypominał polskiego premiera: był zbyt żałosny, zbyt mało cyniczny. Wzbudzał litość. Trudniej było mi się śmiać, kiedy tańczył w stroju baletnicy czy nieudolnie podpisywał wyrok na Polskę.
Najbliżej społecznej diagnozy Klata znalazł się jednak nie podczas odśpiewania hymnu ani w monologach króla, lecz w patetycznej przemowie mnicha. To jedyny moment, gdy wojna przestaje być kliszą, a reżyser dokopuje się do ostatniego kręgu piekła. Danuta Stenka i Oskar Hamerski zachwycali już wcześniej warsztatem, ale to lament Kosińskiego pozostanie mi w pamięci.
Mnich krzyczy — ale to krzyk, który wyłania się z ciszy, otoczony pozostałościami po bitwie. To pokorne prośby kierowane do zmarłych. Możliwe, że jest ostatnim na scenie, który jeszcze wierzy. Dlatego wierzy w pełni. Albo będzie zbawicielem narodu, albo nic nieznaczącym łgarzem — ważne, by był w pełni. Więc w pełni krzyczy, odpuszcza grzechy, modli się, żałuje i płacze za lepszymi czasami.
Owszem, naród ogłuchł. Dlatego krzyk w spektaklu Klaty jest uzasadniony — nie kiedy zlewa się z hałasem, lecz kiedy wyłania się z dojmującej ciszy.
https://narodowy.pl/repertuar,spektakle,450,termopile_polskie.html