Slide
previous arrow
next arrow
Światło gaśnie, pamięć zostaje. Moje spotkania z teatrem Piotra Cieplaka - Teatr dla Wszystkich

Światło gaśnie, pamięć zostaje. Moje spotkania z teatrem Piotra Cieplaka

Na afiszu

Światło gaśnie, pamięć zostaje. Moje spotkania z teatrem Piotra Cieplaka

Nie znałem go osobiście, ale znałem go z widowni. Felieton-wspomnienie o spektaklach, które nauczyły mnie, że teatr może być zarówno zabawą, jak i przejściem na drugą stronę sensu.

Opublikowano: 2025-12-08
fot. Marta Ankiersztejn / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Piotr Cieplak odszedł wczoraj rano, a ja – zamiast czytać kolejne wspomnienia – wracam myślami do tego, co sam od niego dostałem. Nie z biografii, nie z wywiadów, tylko z widowni. Z tych chwil, kiedy gasło światło, a jego teatr zaczynał działać jak urządzenie do przewietrzania duszy: raz brutalnie, raz z czułością, zwykle z ironią, zawsze z sensem.

Pierwszym jego spektaklem, który zobaczyłem, był „Żołnierz królowej Madagaskaru” w toruńskim Teatrze Horzycy jeszcze w 1990 roku. Miałem poczucie, że ktoś wziął literacki kabaret Tuwima i zbudował z niego świat bardziej dziki niż przewidywalny. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Cieplak właśnie tak działa: niby lekko, a jednak z przewrotnością, która w człowieku zostaje na długo.

Później przyszedł „Ptaszek Zielonopióry” w Dramatycznym – bajka Gozziego, która mogłaby być miła i grzeczna, ale nie w rękach Cieplaka. W jego wersji pierwsza warstwa – kolor, humor, maska – błyszczała, ale tuż pod nią czaiło się przypomnienie, że nawet w najpiękniejszej zabawie tkwi zawsze jakaś ciemna dziura w człowieku. U Cieplaka maska nigdy nie była tylko maską.

W Teatrze Rozmaitości zobaczyłem „Historię o Miłosiernej, czyli Testament psa” i „Skórę węża”. Do dziś pamiętam, że obu przedstawień właściwie nie dało się opowiedzieć znajomym. Za dużo w nich było absurdalnego śmiechu, za dużo momentów, w których człowiek nagle orientował się, że właśnie bawi go coś wcale nieśmiesznego. Cieplak potrafił prowadzić widza jak lunatyka – niby w rytmie farsy, niby w ruchu scenicznej zabawy, a jednak prosto w środek jakiejś bardzo ludzkiej prawdy.

Zupełnie inną nutą były „Wesołe kumoszki z Windsoru”. Shakespeare w reżyserii Cieplaka to nie jest klasyka, która stoi na baczność; to klasyka, która schodzi z piedestału i z humorem siada bliżej ludzi. Była w tym radość, której dziś w teatrze bardzo brakuje – radość, która nie ogłupia, tylko uwalnia.

A potem – „Taka ballada” w Teatrze Studio. Spektakl, który pamiętam jako jedno wielkie pytanie o to, co w człowieku miękkie, nieosłonięte, wymagające troski. Tam Cieplak najbliżej był tonu, który już wtedy kojarzył mi się z jego najważniejszymi pracami – tonu jakby nadwrażliwego, ale nie sentymentalnego.

W Powszechnym zobaczyłem kilka jego realizacji: „Słomkowy kapelusz”, „Albośmy to jacy, tacy…”, „Nieskończoną historię”. Każda inna, a jednak wszystkie podszyte tym samym nerwem: że teatr jest od odkrywania tego, co w polskości pęknięte, niejednoznaczne, pełne śmiechu, który zaraz może przejść w milczenie. Z całej tej grupy najbliżej mojego serca pozostaje „Albośmy to…” – Cieplak potrafił w tym spektaklu postawić Wyspiańskiego tak, jakby go właśnie znajdował, nie jakby go interpretował.

Później był długi okres Narodowego: „Milczenie o Hiobie”, „Elementarz”, „Ułani”, „Woyzeck”, „Wieczór Trzech Króli”, „Czekając na Godota”. Każdy z tych spektakli był innym wariantem pytania o człowieka wystawionego na próbę. „Milczenie o Hiobie” – o granice cierpienia. „Elementarz” – o to, skąd czerpiemy język, który ma nam tłumaczyć świat, skoro sam się kruszy. „Ułani” – o narodowe mity, które trzymają nas za gardło, kiedy próbujemy oddychać własnym powietrzem. „Woyzeck” – o cichą rozpacz tych, którzy nie udźwigną świata. „Godot” – o czekanie, które nigdy nie przestanie być aktualne.

Teatr Cieplaka zawsze miał coś z chodzenia po linie: między groteską a powagą, między światłem a cieniem, między miłością do aktora a surowością wobec człowieka. Nie znałem go osobiście. Ale mam poczucie, że znałem go właśnie tam – na widowni. W tych chwilach, gdy człowiek siedzi po spektaklu trochę dłużej, patrzy w pustą scenę i czuje, że ktoś mu coś ważnego właśnie powiedział, choć może nie całkiem wiadomo co – jakby sens dopiero miał się ułożyć, gdy wyjdzie się na chłodne powietrze przed teatrem.

Teraz, kiedy go już nie ma, zostały mi te obrazy: Zielonopióry, który nie był baśnią; Kumoszki, które były bardziej nasze, niż by się chciało; Woyzeck, który bolał; Godot, który nie przychodził; i ten cały wielobarwny, niepokorny teatr, dzięki któremu człowiek na chwilę mógł zobaczyć siebie trochę wyraźniej.

Tak zapamiętam Piotra Cieplaka: jako reżysera, który umiał sprawić, że świat po wyjściu z teatru wyglądał inaczej niż przed wejściem. I za to jestem mu wdzięczny.

Kategorie:


Cytat Dnia

„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”

PikWroclaw.pl o „Odysei”, reż. Małgorzata Warsicka; 27.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL