Slide
previous arrow
next arrow
Stoppard w polskim teatrze - Teatr dla Wszystkich

Stoppard w polskim teatrze

Na afiszu

Stoppard w polskim teatrze

29 listopada odszedł Tom Stoppard, dramaturg, którego sztuki prowadziły w Polsce wyjątkową, intelektualną i emocjonalną rozmowę z widzami. Jego bohaterowie wciąż będą obecni na naszych scenach.

Opublikowano: 2025-12-02
fot. Wikipedia

Kiedy 29 listopada dotarła wiadomość o śmierci Toma Stopparda, pomyślałem – nie jak krytyk, nie jak aktor, ale jak widz – że odchodzi autor, z którym polski teatr prowadził jedną z najbardziej zawikłanych, a jednocześnie najczulszych rozmów ostatnich dekad. Bo Stoppard, choć dramaturg „z importu”, w Polsce nigdy nie brzmiał obco. Jego teksty trafiały na nasze sceny jak listy od kogoś, kto dobrze zna nasze lęki, słabości i tę naszą namiętną potrzebę szukania sensu tam, gdzie sens nie zawsze chce się zameldować.

Nie pamiętam pierwszej inscenizacji Stopparda, jaką zobaczyłem – pamiętam za to moment, kiedy zorientowałem się, że w Polsce czyta się go nieco inaczej niż na Wyspach. Dla Brytyjczyków był przede wszystkim błyskotliwym intelektualistą, mistrzem paradoksu, koneserem słowa. U nas – także kimś, kto pytał o odpowiedzialność, o historię, o pamięć. Kto w dialogach o teorii chaosu albo logice przypadku przemycał pytania, które w polskiej sali teatralnej potrafiły brzmieć jak echo własnych dramatów XX wieku.

Zabawne, że tak często to właśnie brytyjska precyzja jego konstrukcji ożywała tu z temperaturą właściwą naszym scenom – gorącą, pełną napięć, czasem aż nadto nerwową. „Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją”, jego wielkie entrée, graliśmy jak opowieść o bezradności małych ludzi w trybach Historii, a nie – jak by chcieli niektórzy w Londynie – tylko błyskotliwą zabawę z Szekspirem. Kiedy patrzyłem na kolejne polskie inscenizacje, miałem wrażenie, że Stoppard poniekąd pisał o nas, choć oczywiście nie mógł o tym wiedzieć. A może potrafił wyczuć kondycję ludzi z peryferii wielkich narracji, bo sam przecież wyrastał między kilkoma biografiami, językami i tożsamościami.

To, co u Stopparda miało wymiar etyczno-emocjonalny, u nas zawsze rezonowało na dodatkowych strunach. Na przykład „Arcadia”, ten jego filozoficzny klejnot, bywała w Polsce wystawiana z zachwycającą czułością: to jedyna sztuka, podczas której słyszałem w teatrze rodzaj zbiorowego westchnienia – jakby widzowie na moment zrozumieli, że porządek i chaos, melancholia i śmiech wcale nie chcą żyć osobno. Tak było kiedy oglądałem ten dramat w Teatrze Wybrzeże w reżyserii Krzysztofa Babickiego w 1995 roku z Bogacką, Kolak, Bąk i Tyrańskim. W równie znakomitej obsadzie grano w tym samym teatrze „Wynalazek miłości”, także w reżyserii Babickiego.

Stoppard dawał polskim reżyserom rzadki prezent: teksty, które można było poddać intelektualnej wiwisekcji, a jednocześnie wystawić z emocją. To też sprawiało, że po jego dramaty sięgali twórcy bardzo różni: klasycy i eksperymentatorzy, minimalisci i wyznawcy scenicznego przepychu. Wszyscy mieli poczucie, że Stoppard ich nie ogranicza – wręcz przeciwnie, otwiera drzwi, które wcześniej tylko stały uchylone.

Ostatnie lata przyniosły „Leopoldstadt”. Myślę, że właśnie ta sztuka, pokazywana w polskich kinach w wersji brytyjskiej, najmocniej dotknęła polską publiczność, bo była jak spóźniona odpowiedź autora na pytania o własną historię – i jak lustro, w którym odbijała się też nasza relacja z pamięcią. Wielu widzów wychodziło po tym spektaklu w ciszy, takiej ciężkiej i ważnej. I czułem, że to jest Stoppard, którego w Polsce naprawdę potrzebowaliśmy: nie tylko błyskotliwy, ale też odsłonięty, bardziej kruchy, bardziej ludzki.

Kiedy dzisiaj próbuję sobie wyobrazić repertuary bez jego sztuk, robi się w nich jakaś pusta przestrzeń. Nie dlatego, że pisał dzieła „niezastąpione” – takich dzieł, jak wiadomo, nie ma. Ale dlatego, że Stoppard uczył nas słuchać dialogów, które prowadzi ze sobą świat: nauka z humanistyką, przeszłość z przyszłością, logika z absurdem, ironia z melancholią. A niewielu dramaturgów potrafi to robić bez protekcjonalności, bez moralizowania, bez odrobiny pogardy dla odbiorcy.

Polski teatr – z jego nieustanną potrzebą zadawania wielkich pytań – znalazł w Stoppardzie sojusznika. Właśnie dlatego jego odejście czuję nie jak stratę twórcy „z tamtej strony”, lecz kogoś, kto należał także do naszego, lokalnego imaginarium.

Może to najlepszy dowód, że wielkie pisanie nie zna granic: po prostu wchodzi do repertuaru, siada z nami w ciemnościach i zostaje na długo po oklaskach.

Tom Stoppard odszedł. Ale jego bohaterowie – wiecznie zdezorientowani, ale uparcie szukający sensu – wciąż będą mówić na polskich scenach. I, co ważne, wciąż będą słyszani.

Kategorie:


Cytat Dnia

„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”

PikWroclaw.pl o „Odysei”, reż. Małgorzata Warsicka; 27.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL