Być może to przypadek, że Henryk Wars odszedł właśnie dziś — pierwszego września, w dniu, który w polskiej historii zawsze dźwięczy fałszywą nutą. Ale nie wierzę w przypadki. Zwłaszcza u człowieka, który całe życie pisał partyturę losu tak, jakby każda pauza, każdy takt, każde crescendo miało swoje głębokie uzasadnienie.
Nie wiem, jak Państwo, ale kiedy myślę o Warsie, nie zaczynam od „Ach, jak przyjemnie”, ani od „Miłość ci wszystko wybaczy” — choć mógłbym. Słyszę raczej cichy, jazzowy akord fortepianu w jakiejś przedwojennej kawiarni, zapach papierosów i perfum, głosy, które dziś już brzmią tylko na starych płytach Syreny. Słyszę, jak Polska staje się nowoczesna — rytmem, swingiem, dowcipem. A Wars był tam pierwszy. Jakby miał w sobie radio, które odbierało dźwięki przyszłości, zanim reszta z nas w ogóle nauczyła się, czym jest jazz.
Warszawski — z krwi, z nazwiska i z ducha. Potem Fraska, w końcu Henry Vars. Trzy życia, trzy tożsamości, trzy epoki. Wszystkie scalone tą samą ręką, która pisała nuty z lekkością — jakby tylko spisywała melodie unoszące się w powietrzu od zawsze.
Z jednej strony klasyczny warsztat — Młynarski, Melcer, Statkowski. Z drugiej kabarety, dancingi, rewue. A w środku — człowiek, który miał w sobie coś, co zawsze uważałem za najrzadszy dar: umiejętność tworzenia tego, co popularne, nie rezygnując z tego, co piękne.
Bo Wars nigdy nie był tylko „kompozytorem piosenek”. On był budowniczym emocji. Z kawałków dźwięków lepił sceny, w których odnajdywało się własne życie. Pamiętacie „Już nie zapomnisz mnie”? To nie była tylko piosenka — to była obietnica, że nawet jeśli wszystko spłonie, zostanie coś, co się nie rozsypie: wspomnienie. Melodia.
Trudno się dziś pogodzić z myślą, że Henryk Wars odszedł w obcym kraju, pod kalifornijskim słońcem, z dala od kabaretów, które znały go lepiej niż własnych suflerów. A przecież i tam — w Hollywood — znów wszedł do sali, o której myśleli, że już zamknięta. Znów zrobił to samo: otworzył klapę fortepianu i zaczął grać.
W Polsce został mit. Piosenki, które śpiewały nasze babki, matki i — nie ma co ukrywać — my sami, pod nosem, w chwilach gdy sentyment bierze górę nad rozumem. Ale to dobrze. Bo jeśli coś przetrwało wojny, granice i przemilczenia, to znaczy, że było prawdziwe.
Nie chcę pisać nekrologu. Chcę napisać podziękowanie. Za to, że dzięki niemu polska muzyka rozrywkowa miała swoją złotą erę. Za to, że umiał pogodzić klasyczne z popularnym, dramat z humorem, elegancję z luzem. I za to, że kiedy ktoś pyta, czy da się być jednocześnie artystą i rzemieślnikiem, można odpowiedzieć jednym słowem: Henryk Wars.
Pierwszego września zgasł jeden z ostatnich dźwięków tamtej, przedwojennej Polski. Ale nie milknie. Bo Wars — jak sam kiedyś napisał — już nie da się zapomnieć.