Trudno w to uwierzyć, ale mija już 35 lat, odkąd Robert Ninkiewicz stąpa po deskach teatru — nie tylko pewnie, ale z charakterystycznym ciężarem sensu. Choć sam poznałem jego sceniczne oblicze dopiero w 2011 roku, gdy dołączył do zespołu Teatru Wybrzeże, jego obecność na tej scenie szybko stała się dla mnie wyznacznikiem jakości. W teatrze, gdzie moda i eksperyment często przysłaniają fundament aktorskiego rzemiosła, Ninkiewicz trwa jako figura solidności, głębi i… skromności.
Nie szuka błyskotek. Nie gra pod publiczkę. Nie musi. Jego talent broni się sam — precyzją, dyscypliną, ale i jakimś trudnym do uchwycenia, wewnętrznym ogniem. Każda rola, którą dane mi było oglądać, niosła za sobą nie tylko warsztat, lecz i napięcie, które rzadko spotyka się w teatrze — zwłaszcza w tak zróżnicowanym repertuarze.
Weźmy choćby Broniewskiego w reżyserii Adama Orzechowskiego. To była rola, która mną wstrząsnęła — nie przez patos biografii poety, lecz przez sposób, w jaki Ninkiewicz pokazał rozpad człowieka, który chciał być głosem epoki, a został przez epokę przygnieciony. W jego spojrzeniu starszego Broniewskiego nie było łatwej oceny — była rozpacz podszyta godnością. Ninkiewicz nie grał historii. On ją w sobie nosił.
Mistrz różnorodności — od groteski po dramat
Ale przecież ten aktor potrafi z równą swobodą balansować na granicy groteski. Cziczikow w Martwych duszach Janusza Wiśniewskiego? Postać z krwi i kości, a zarazem marionetka absurdu. Lady Bracknell w Bunburym? Rola ryzykowna, łatwa do przerysowania, a jednak jego interpretacja była tak precyzyjnie wyważona, że nadawała spektaklowi — który wcale nie był „dla ludzi bez poczucia humoru” — przewrotny ciężar.
Wciąż mam przed oczami Ranka z Nory — postać epizodyczna, a jednak dzięki Ninkiewiczowi stająca się równorzędnym uczestnikiem dramatu. Ten sam mechanizm działał w Trojankach, gdzie Agamemnon w jego wykonaniu nie był tylko symbolem opresji, ale człowiekiem z krwi i kości, potrafiącym przez chwilę zawahać się nad ofiarą.
Zmienność i wielowymiarowość ról, w których go oglądałem — od szambelana u Gombrowicza po rozedrganego Siekluckiego u Zapolskiej — świadczą o jego wszechstronności, ale też o artystycznych wyborach, które nie są przypadkowe. Robert Ninkiewicz nie wybiera ról przypadkowo. Sięga po te, które otwierają przestrzeń do dialogu — z tekstem, reżyserem, publicznością.
Cichy fundament wielkiej sceny
W tym właśnie tkwi jego siła. Ninkiewicz nie narzuca się widzowi. On raczej zaprasza do myślenia, do odczuwania, do zatrzymania się w czasie. W dobie przyspieszenia i skrótów jest aktorem niemal anachronicznym — w najlepszym znaczeniu tego słowa.
Dziś, przy okazji jubileuszu 35-lecia jego pracy artystycznej, warto powiedzieć coś, co często umyka w recenzjach i felietonach: Robert Ninkiewicz to jeden z tych aktorów, którzy nigdy nie zawodzą. Może nie zawsze błyszczą, może nie wychodzą na plakaty pierwszoplanowo, ale są fundamentem teatru. Jego kręgosłupem.
I za to — również jako widz, świadek scenicznej prawdy — składam mu cichy, lecz pełen szacunku ukłon.
https://teatrwybrzeze.pl/