Teatr w celuloidzie, nie w celofanie
Czy współczesny teatr naprawdę tonie w „celofanie poprawności”, czy może po prostu dojrzewa do większej odpowiedzialności za ludzi i proces twórczy?
fot. TdW
Czy współczesny teatr naprawdę tonie w „celofanie poprawności”, czy może po prostu dojrzewa do większej odpowiedzialności za ludzi i proces twórczy?
fot. TdW
Czy teatr naprawdę traci autentyczność przez nowe zawody, jak dramaturg czy koordynator scen intymnych? Jarosław Jakubowski w swoim felietonie celnie punktuje niektóre absurdy współczesnej sceny, ale jego diagnoza opiera się na uproszczeniach i sentymentalizmie. Replika człowieka teatru pokazuje, że za „celofanem” nierzadko kryje się nie ideologia, lecz odpowiedzialność artystyczna, etyczna uważność i pogłębiona refleksja nad procesem twórczym – pisze Wiesław Kowalski.
Jarosław Jakubowski w swoim felietonie Sztuka w celofanie zaprasza nas do świata, w którym teatr był kiedyś „prawdziwy”, ryzykowny i magiczny, a dziś – wyzuty z autentyczności, obudowany rzekomo zbędnymi profesjami, służącymi wyłącznie „ideologicznemu szwindlowi”. Publicystyczna siła tego tekstu jest niezaprzeczalna: kąśliwa ironia, przenikliwe metafory, dramaturgia oburzenia – wszystko to sprawia, że lektura porusza. Tyle że raczej nie umysł, a emocje. I raczej nie z powodu intelektualnej przenikliwości, lecz z powodu intelektualnych uproszczeń.
Pozwoliłem więc sobie rozpakować to „celofanowe” opakowanie.
Dramaturg to nie „kumpel reżysera”
Zacznijmy od dramaturga – tej rzekomo „całkowicie zbędnej” figury. Jakubowski pisze, że dramaturg robi dokładnie to samo, co kiedyś kierownik literacki, reżyser i dramatopisarz. Otóż nie. O ile w teatrze stricte repertuarowym, opartym na gotowych tekstach klasycznych, faktycznie dramaturg mógł być rolą marginalną (choć nigdy zbędną!), to w teatrze współczesnym – twórczym, często kolektywnym, dokumentalnym, interwencyjnym – dramaturg staje się kimś kluczowym. Współpracuje z reżyserem, montuje tekst, organizuje strukturę przedstawienia, czasem sam ją pisze od zera, analizuje materiały źródłowe. To nie wydumana profesja, lecz rola odpowiadająca na przemiany języka sceny – od odgrywania gotowego tekstu po wspólne jego komponowanie w ramach procesu twórczego.
Trudno nie zauważyć, że Jakubowski tęskni za teatralnym klasycyzmem – i nie ma w tym nic złego. Problem pojawia się, gdy z tej tęsknoty wyprowadza generalny sąd, jakoby cała nowoczesna infrastruktura teatralna była oszustwem.
Koordynator scen intymnych – narzędzie cenzury czy empatii?
Jeszcze większe emocje w felietonie budzi postać „koordynatora scen intymnych”. Zdaniem autora to dowód na upadek aktorskiego profesjonalizmu. Bo „aktor to dorosły człowiek”, bo „aktor poradzi sobie sam”.
Tyle że historia teatru i kina zna dziesiątki przypadków, w których aktorzy nie poradzili sobie sami. Sceny erotyczne czy przemocowe były źródłem autentycznych traum. Przypomnijmy tylko głośne przypadki nadużyć na planach filmowych czy teatrów, gdzie przekraczano granice w imię „sztuki”. Właśnie po to pojawił się zawód koordynatora scen intymnych – nie po to, by sterylizować sztukę, lecz po to, by umożliwić jej powstawanie bez przemocy, manipulacji czy nadużycia władzy.
Nie chodzi o to, by „grać pod okiem cenzora”, jak sugeruje felieton, ale o to, by zbudować bezpieczny kontekst pracy. Bo „profesjonalizm” nie oznacza automatycznie, że aktor czuje się komfortowo z każdym zadaniem. Koordynator nie eliminuje napięcia – pozwala je świadomie przepracować i uczynić bezpiecznym elementem pracy artystycznej.
Teatr nie jest „potiomkinowską wioską”
Jakubowski zarzuca dzisiejszemu teatrowi, że jest „iluzją iluzji”, pozorem sztuki, atrapą. To bardzo mocne – i bardzo krzywdzące – uogólnienie. Rzeczywiście, współczesny teatr bywa rozpolitykowany, obudowany nowymi rolami, często eksperymentalny – ale to nie znaczy, że nie jest autentyczny. Wręcz przeciwnie: często właśnie dzięki obecności dramaturga, koordynatora czy konsultanta ds. dostępności, może mówić więcej, szerzej i bardziej świadomie. Czy to naprawdę „pozór”, gdy teatr zaczyna być inkluzywny?
Jakubowski widzi w tych zmianach objaw „ideologii”. A może to po prostu rozszerzanie pola sztuki, która uwzględnia więcej perspektyw niż tylko tę „męską i twardą”, do której autor przywykł?
Sztuka w celofanie czy człowiek w pułapce?
Jakubowski pisze, że życie i sztuka to zmaganie się z dyskomfortem. Zgoda. Ale nie zapominajmy, że nie każde zmaganie uszlachetnia, a nie każdy ból buduje głębię. Czasem ten „dreszcz ryzyka”, o którym pisze autor, był po prostu nadużyciem, które dziś mamy odwagę nazwać. Teatr nie staje się przez to mniej prawdziwy – staje się bardziej etyczny.
Jeśli coś grozi dzisiejszemu teatrowi, to raczej nie „celofan bezpieczeństwa”, ale powrót do nostalgicznego schematu, w którym wielki artysta mógł wszystko, a „komfort” innych był zbędną fanaberią. I właśnie dlatego nie możemy bezkrytycznie zgodzić się z felietonem Jakubowskiego – bo mimo błyskotliwości, jego diagnoza opiera się na uproszczeniach, które nie przystają do złożoności współczesnego teatru.
Felieton Jarosława Jakubowskiego Sztuka w celofanie został opublikowany na jego prywatnym profilu na Facebooku dnia 22 lipca.