Slide
previous arrow
next arrow
Kotki, myszki w raju - Teatr dla Wszystkich

Kotki, myszki w raju

Na afiszu

Kotki, myszki w raju

O spektaklu Helena w reżyserii Magdaleny Dąbrowskiej z Akademii Teatralnej w Warszawie – Filii w Białymstoku, zaprezentowanym na Scenie na Strychu Wrocławskiego Teatru Współczesnego, pisze Jarosław Klebaniuk.

Opublikowano: 2025-06-30
fot. Magdalena Rybij / AT Białystok

Wydawałoby się, że opowieść o własnym życiu dziewięćdziesięciotrzyipółletniej kobiety może mieć co najwyżej wartość sentymentalną dla jej bliskich – podobnie jak spektakl wyreżyserowany przez wnuczkę głównej bohaterki. Jednak to, co zobaczyliśmy w niedzielny wieczór na Strychu WTW, znacznie przerosło oczekiwania. Oszczędnymi środkami dwoje aktorów stworzyło urokliwe i wzruszające przedstawienie, które zapewne na długo zapadnie w pamięć.

Głosu lalkom, zbliżonym wielkością do postaci ludzkiej, udzieliła sama tytułowa Helena. Nagrana ponad pięć lat temu (tak wynika z obliczeń, w których data urodzenia odegrała niepoślednią rolę) rozmowa z sędziwą kobietą stała się podstawą do stworzenia spójnej narracji. Sporo miejsca poświęcono dzieciństwu i młodości, zwłaszcza okolicom osiemnastego roku życia, gdy II wojna światowa miała się ku końcowi.
(Uwaga! Dalszy ciąg tego akapitu można uznać za spoiler. Jeśli ktoś wybiera się na przedstawienie, proponuję przejść do następnego.) To właśnie w 1944 roku młodziutka Helena została wydana za mąż. A potem życie potoczyło się jak miliony podobnych. Ośmioro dzieci, z których sześcioro żyło do dnia wywiadu, szesnaścioro wnuków, dwadzieścioro dwoje prawnuków… Jednak nie im została poświęcona opowieść. Dotyczyła raczej małżeństwa zawartego bez miłości, zgodnie z panującym w rodzinnych stronach obyczajem. Uczucie przyszło z czasem – i gdy pięćdziesięciosześcioletni mąż zmarł, o trzy lata młodsza żona omal nie umarła na jego grobie. Rozchorowała się: dostała zeza, garściami wypadały jej włosy, okulała… A jednak przetrwała tę rozpacz – wyjechała z kraju poniekąd po to, by się od niej uwolnić. Z perspektywy – jak wynika z jej relacji – miała szczęśliwe życie, choć u jego schyłku niekiedy myśli o tych „kotkach, myszkach i kwiatach”, które wyobraża sobie w niebie.

Artystycznym uchwytem opowieści było zdwojenie dwojga głównych bohaterów. Lesia Pasichnyk grała lalką przedstawiającą tytułową postać, a Tymoteusz Jucha – tą, która reprezentowała jej męża. (Uznaliśmy oboje, że istniało podobieństwo między aktorami a lalkami, zwłaszcza w męskim duecie). Prawe ręce animowały głowy lalek, lewe – stanowiły ich ręce. Pozwoliło to oddać – pomimo braku mimiki – całą gamę emocji: ciekawości, skrępowania, zażenowania, rozczarowania, rozpaczy, czułości, wreszcie miłości. Nie zabrakło w tych aktorsko-lalkarskich interakcjach ciepłego humoru. Taka była scena wręczania mandarynki (uzupełnionej przez karminową różę), taka też sekwencja narodzin kolejnych dzieci. Nieliczne rekwizyty – wiadro, kołdra, kreda do oznaczania dat i nazwisk na ścianie, czarno-białe zdjęcia wkładane w ozdobne ramki – pozwalały uchwycić chronologię i podkreślić zmiany w ważnych momentach życia. Rozpoczęcie nowego etapu sygnalizowało otwarcie głębi, dosyć mrocznej sceny, podczas gdy do zawarcia małżeństwa akcja rozgrywała się na proscenium.

Aktorzy zagrali znakomicie, choć rzadko – i chyba tylko ona – szeptali coś własnym głosem. Ilustrowali raczej ruchem scenicznym i gestem narrację protagonistki z nagrania. Do najpiękniejszych scen należała ta, w której najpierw ludzka ręka pogładziła włosy lalki, a potem (ludzkie) ręce spotkały się. Takich subtelnych momentów było więcej.

Niekiedy w tle leciała muzyka z trzeszczącej płyty (z adaptera? patefonu?). W momentach bez słów upływ czasu był podkreślany tykaniem, dzwonieniem, wybijaniem zegara, a także widokiem zegarka na ręku aktora. Gdy w końcowej scenie lalki zostały zrzucone, a para zatańczyła walca wykonanego przez Adama Struga do słów wiersza Bolesława Leśmiana Puściła po stole swawolący wianek, zapewne wielu widzów – podobnie jak ja – doświadczyło wzruszenia.

Opowieść Heleny Dąbrowskiej sama w sobie była urokliwa i pełna dystansu. Tak właśnie, z humorem, relacjonowane były rozterki świeżo zaślubionej żony, a także późniejsze doświadczenia wielokrotnej matki („Łóżko i tapczan – wszystko było założone tymi dziećmi”). Należy natomiast oddać reżyserce, że dokonała trafnej selekcji tekstu i zadbała o jego perfekcyjną inscenizację. Nie jest to łatwe, gdy tak duże znaczenie ma każdy szczegół, a ruchy lalek muszą być idealnie zsynchronizowane.

Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski

Kategorie:

Cytat Dnia

„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”

PikWroclaw.pl o „Odysei”, reż. Małgorzata Warsicka; 27.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL