Gdy melodia się gubi: o chaosie wokół dyrekcji poznańskiej opery
Od kilku tygodni obserwujemy sytuację przypominającą teatr absurdu w sprawie wyboru nowego dyrektora Teatru Wielkiego im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu. Konkursy, przełożenia, ministerialne dyrektywy – wszystko to wygląda bardziej jak polityczna farsa niż przejrzysty proces selekcji kadry kierowniczej w instytucji kultury. A w centrum wydarzeń – teatr, który za każdą chwilę zawieszenia płaci prestiżem, spójnością programową i stabilnością organizacyjną – pisze Wiesław Kowalski.
Około pół roku temu wydawało się, że instytucja płynie dalej stabilnym kursem – po trzynastu latach pod kierunkiem Renaty Borowskiej-Juszczyńskiej. Jej kadencja zapisała się silnymi akcentami: międzynarodowe wyróżnienia, skuteczne zarządzanie w czasie kryzysu epidemicznego i gruntowna modernizacja sceny zakończona w 2023 roku. Opera zyskała widoczność na zagranicznych platformach streamingowych i znalazła się na mapie prestiżowych festiwali. Tymczasem… zamiast płynnej zmiany przywództwa nastał impas — konkurs ogłoszony na ostatnią chwilę, presja ministerialna, publiczne listy poparcia i głosy krytyki o mobbingu. W efekcie – brak klarowności co do kierownictwa w czasie, gdy instytucja najbardziej go potrzebuje.
Było jasne: najpierw rozstrzygnięcie konkursu na dyrektora Opery Narodowej – do którego zaproszono Borowską-Juszczyńską – wstrzymało decyzje w Poznaniu. Gdy jej kandydatura w Warszawie nie przyniosła rezultatu, Ministerstwo Kultury nagle zażądało ogłoszenia konkursu także w Poznaniu. W związku z tym procedura nominacyjna została wstrzymana, a instytucja – choć formalnie zarządzana przez dotychczasową dyrektor – funkcjonuje bez zatwierdzenia nowej kadencji. A to moment szczególnie wrażliwy – tuż po premierze Turandot Giacoma Pucciniego, a tuż przed końcem sezonu i nadchodzącymi zmianami w zespole baletowym.
Trudno nie odnieść wrażenia, że hierarchiczne decyzje polityczne pojawiły się tu wbrew logice i realnym potrzebom teatru. To raczej gra kadrowa niż troska o rozwój, w której decyzje zapadają nie na podstawie wizji artystycznej, lecz urzędniczych kalkulacji. W międzyczasie atmosfera wokół zespołu robi się coraz bardziej mętna, kontrakty się opóźniają, a instytucja staje się niepewnym pracodawcą.
Z jednej strony mamy grupę zagorzałych zwolenników Borowskiej-Juszczyńskiej – wybitnych artystów, reżyserów, dyrygentów, którzy publicznie deklarują chęć kontynuacji jej misji. Z drugiej – pracownicze związki zawodowe i anonimowe głosy o mobbingu, złym traktowaniu i chaosie organizacyjnym. Oskarżenia o mobbing pojawiły się już w marcu 2024 roku. Wówczas dyrekcja odpierała je jako bezpodstawne, a urząd marszałkowski nie stwierdził uchybień. Dziś wracają – głośniej, bo w atmosferze przesilenia kadrowego, która zawsze wywołuje napięcia.
W tle zaś codzienna praca zespołu i ambitne plany: wspomniana Turandot, której tytułową partię kreuje Iwona Sobotka, baletowa adaptacja Romea i Julii w choreografii Roberta Bondary, a w nowym sezonie Festiwal Moniuszki, premiera Hrabiny Stanisława Moniuszki oraz długo oczekiwana prapremiera opery Dorian Gray Elżbiety Sikory. To nie tylko wyzwania artystyczne, ale też produkcyjne – tym trudniejsze do realizacji w sytuacji zawieszenia decyzyjnego.
Jak na dłoni widać nie tylko ryzyko kadrowego chaosu, ale przede wszystkim zanik narracji artystycznej. Gdy instytucja nie wie, kto nią pokieruje – traci się poczucie ciągłości, stabilności i odpowiedzialności. W takiej rzeczywistości nawet najpiękniejszy dźwięk opery może zabrzmieć jak echo podejrzeń, niepewności i wewnętrznych napięć.
Potrzeba odwagi – ducha przywództwa, który nie będzie biernym wykonawcą politycznych instrukcji, lecz wizjonerem zdolnym kształtować przyszłość teatru. To czas, by oprzeć się mechanizmom politycznej gry o stołki i skupić się na misji: tworzeniu sztuki, która przemawia do ludzi, nie zaś spełnianiu terminów z urzędniczych kalendarzy.
Na razie jednak – mimo wielkich nadziei – panuje tam… chaos. I nikt nie wie, czy do września znajdzie się ktoś, kto to wszystko uporządkuje.
Konkursowa gra pozorów: refleksja na koniec
Sytuacja w Poznaniu nie jest wyjątkiem, lecz sygnałem ogólniejszego problemu. Konkursy na dyrektorów instytucji kultury w Polsce coraz częściej stają się narzędziem politycznych przetargów zamiast mechanizmem wyłaniania najlepszych liderów. Zamiast jasnych procedur – prowizoryczne terminy i nieprzejrzyste kryteria. Zamiast transparentności – presja i przeciąganie decyzji.
Paradoks polega na tym, że ogłoszenie konkursu – postrzegane jako przejaw demokratyzacji – bywa wykorzystywane instrumentalnie. Gdy komuś zależy na zmianie kierownictwa, można zagrać kartą „procedury”. Gdy zależy na zachowaniu status quo – wskazuje się na „ciągłość artystyczną”. W efekcie powstaje dysonans między deklaracjami o transparentności a faktycznym brakiem klarownych reguł.
Jeśli kultura ma rozwijać się w duchu profesjonalizmu i wolności twórczej, konkursy nie mogą być teatrem pozorów. Muszą gwarantować uczciwe, nieupolitycznione i merytoryczne wybory. W przeciwnym razie – nawet najpiękniejsza opera może zakończyć się fałszywą nutą.
fot. Teatr Wielki w Poznaniu