Wędrowanie z Gombrowiczem (i Dantem) przez piekło formy
O spektaklu „Hulajgęba” wg „Ferdydurke” i „Dzienników” Witolda Gombrowicza oraz „Boskiej komedii” Dantego Alighieri w reż. Waldemara Śmigasiewicza z Białostockiego Teatru Lalek na 6. Międzynarodowym Festiwalu Teatrów Lalek Dla dorosłych pisze Wiesław Kowalski.
W „Hulajgębie”, czerpiącej z „Ferdydurke” i „Dzienników” Witolda Gombrowicza oraz z „Boskiej komedii” Dantego Alighieri, przestrzeń narracyjna oparta została na trzech stacjach wędrówki Józia: piekle szkoły, czyśćcu nowoczesnego domu Młodziaków i raju dworku Hurleckich – odpowiadających kolejnym częściom dantejskiego poematu. Ten wyraźny koncept służy jako szkielet spektaklu, który – mimo literackiego rodowodu – nie zadowala się prostym odtworzeniem, lecz korzysta z narzędzi typowych dla teatru formy, by stworzyć autonomiczny przekaz.
Scenariusz rozwija się zgodnie z logiką Gombrowiczowskiej groteski i absurdu. Narracja dryfuje pomiędzy różnymi estetykami – od realistycznej gry po ekspresyjny teatr plastyczny – a w centrum pozostaje pytanie o mechanizm społecznego wtłaczania człowieka w gotowe formy. Nawet próba ucieczki od jednej maski kończy się założeniem kolejnej. Reżyser komponuje przedstawienie jako łańcuch skojarzeń, gdzie przyczynowość ustępuje asocjacjom, a ciągłość dramaturgiczna zastąpiona jest rodzajem improwizowanego labiryntu. W odróżnieniu od Dantego, tu nie chodzi o drogę ku światłu – Józio krąży, gubi się i wraca do punktu wyjścia, znów z przyprawioną „gębą”.
Śmigasiewicz interpretuje Gombrowicza z dużym wyczuciem. Choć sekwencja w Bolimowie mogłaby zostać skrócona, reżyserowi udaje się zachować równowagę między klarownością przekazu a formalnym eksperymentem. Złożone tematy filozoficzne zostały przeniesione na scenę w sposób przystępny, ale nie uproszczony. Starannie prowadzony rytm – zarówno w scenach indywidualnych, jak i zespołowych – buduje napięcie i spaja spektakl w całość. Choreografia Katarzyny Wiktorko oraz fizyczność aktorów tworzą coś na kształt ruchowego poematu, w którym forma staje się nie tylko środkiem wyrazu, lecz także jego treścią.
W szkolnej części spektaklu uczniowie stają się jednym ciałem – wspólnotą podatną na deformacje, spiętrzenia, rozpady i momenty tymczasowej harmonii. To teatralne rozwiązanie znakomicie oddaje ideę narzuconej formy i społecznego „upupiania”.
Warstwa wizualna, choć oszczędna, oferuje kilka bardzo mocnych scen. Już na początku, w scenie lekcji anatomii, białe fartuchy i lalkowe ręce przywodzą na myśl obrazy mistrzów baroku, ale w groteskowym ujęciu. Z kolei pojedynek na miny – jeden z klasycznych momentów „Ferdydurke” – został tu zainscenizowany jako fizyczny rytuał, przypominający zarówno turniej, jak i obrzęd przejścia. Obszar dworku Hurleckich natomiast ukazany jest z rozmysłem przerysowany – wszystko tu jest za duże, za bardzo teatralne, jakby miało wyśmiać samą potrzebę dekoracyjności.
Na szczególne uznanie zasługuje praca zespołu aktorskiego Białostockiego Teatru Lalek. Aktorzy poruszają się z precyzją zespołu tanecznego – ich ruchy, gesty i reakcje podporządkowane są wspólnemu rytmowi, który wciąga widza poza realizm, w stronę teatralnego transu.
Reżyser traktuje aktorów nie tylko jako wykonawców ról, ale jako nośniki idei. Postać Pimki (grana przez Ryszarda Dolińskiego) balansuje pomiędzy karykaturalnym belfrem a demonicznym przewodnikiem, który być może jest cieniem samego bohatera. Funkcjonuje więc nie tylko jako postać, lecz także jako rodzaj komentarza do tego, co dzieje się na scenie – jakby rozszczepiony narrator.
Śmigasiewicz nie próbuje „uaktualniać” Gombrowicza na siłę. Nie przenosi akcji do współczesności, ale wydobywa to, co w niej wciąż rezonuje – potrzebę wolności od narzucanych ról, autoironię jako obronę przed formą i niepokój metafizyczny wynikający z niemożności bycia „sobą”. Te elementy nie są tu tylko tematami – stają się sposobem myślenia o teatrze i o widzu.
Spektakl nie boi się teatralności – wręcz przeciwnie, świadomie ją eksponuje, pokazując ją jako narzędzie rozbrajania iluzji i masek, które nakłada społeczeństwo. Pytanie o możliwość wyjścia z „gęby” powraca wielokrotnie, ale nie zostaje rozstrzygnięte. W finale, gdy Józio zostaje sam, a jednak wciąż w relacji z wyobrażonym innym, zostaje jedynie gorzkie przekonanie, że od formy nie ma ucieczki – można ją jedynie rozpoznać i chwilowo unieważnić w akcie autoironii.
fot. Krzysztof Bieliński/BTL