Opole. Powrót sensu (bez dymu, bez konfetti)
Tegoroczne Opole okazało się zaskoczeniem. Nie dlatego, że nie spodziewałem się jakości, ale dlatego, że zbyt często się od niej odzwyczajamy – zwłaszcza na scenach muzycznych, gdzie w telewizyjnych formatach pierwsze skrzypce grają światło, scenografia i choreografia, a piosenka staje się tylko dodatkiem. Tym razem było odwrotnie: to muzyka i tekst znalazły się w centrum. A dla kogoś, kto od zawsze wierzy, że piosenka zaczyna się od słowa i melodii – był to wieczór szczególny – pisze Wiesław Kowalski.
Koncert poświęcony twórczości Jacka Cygana był wzruszający nie tylko dlatego, że śpiewano znane utwory. Poruszała ich obecność, sens i słyszalność. Słowo, które w telewizyjnych galach bywa zredukowane do refrenowego „la la la”, nagle odzyskało znaczenie. To, że ktoś naprawdę usłyszał tekst – nie tylko dźwięk – było dla mnie najważniejszym wydarzeniem festiwalu.
Wykonawcy nie zawiedli. Byli obecni, skupieni, poruszający. Nie przyćmiewały ich dziesiątki tancerzy, nie gonił ich czas antenowy, nie przerywały zmiany stylizacji. Najważniejsze były słowa – te pisane przez Cygana i te, które artyści wydobywali z siebie z szacunkiem do ich znaczenia. Gdy Edyta Górniak śpiewała „To nie ja”, była w tym wszystkim prawda. Gdy Ralph Kamiński interpretował „Jaka róża taki cierń”, miałem wrażenie, że słucham nie coveru, ale intymnej, aktorskiej etiudy. A Andrzej Seweryn, który pojawił się z utworem „Łatwopalni”, udowodnił, że nie trzeba śpiewać jak tenor, by poruszyć widza – wystarczy umieć opowiedzieć. W jego wykonaniu piosenka Maryli Rodowicz przestaje być tylko utworem o kruchej kobiecości czy emocjonalnej nadwrażliwości. Staje się monologiem – niemal Beckettowskim – człowieka próbującego zrozumieć, czym jest bliskość, pamięć, żar. Nie było tu ani grama sentymentalizmu, za to wszystko, co teatr kocha najbardziej: cisza, napięcie i prawda. To była piosenka w wersji dramatycznej, nieprzebrana w kostium muzycznej konwencji. W czasach, gdy estradowe interpretacje bywają coraz bardziej performatywne, a coraz mniej szczere, Andrzej Seweryn przypomniał, że wystarczy stać nieruchomo, spojrzeć w widownię i powiedzieć tekst – a jeśli ten tekst napisał Jacek Cygan, to reszta zrobi się sama. W jego wykonaniu „Łatwopalni” zapaliła się od środka.
Na scenie nie brakowało też artystów, którzy nie tylko doskonale śpiewają, ale potrafią współbrzmieć. Garou, Piotr Cugowski i Marcin Januszkiewicz stworzyli jeden z najpiękniejszych tercetów wieczoru. Ich wspólne wykonanie było precyzyjne, szlachetne i pełne wzajemnego słuchania. Nikt nie próbował przebić pozostałych, nikt nie udziwniał fraz, nie naginał melodii do własnego ego. Taka sceniczna wspólnota zdarza się rzadko i warto ją zauważyć.
Również aranżacje zasługują na uznanie – szerokie, muzyczne, ale bez przesady i maniery. Zygmunt Kukla i Adam Sztaba potraktowali oryginały z należnym szacunkiem. Nie fundowano im stylistycznego liftingu – bo te melodie nie potrzebują odmładzania, wystarczy je zagrać tak, jak zostały napisane. Piosenki Anny Jantar, Zdzisławy Sośnickiej czy Ireny Jarockiej nie zmieniały swojego oblicza – nie udawały filmowych ballad, nie były przepisywane na język współczesnego „przesteru i tłumika”. Zabrzmiały tak, jakby czas się nie zatrzymał – bo dobra piosenka nie starzeje się nigdy.
To nie był koncert wspominkowy, mimo jubileuszowego charakteru. Raczej – dowód na to, że piosenka literacka może odnaleźć się w XXI wieku, o ile potraktuje się ją poważnie. Bez efekciarstwa, bez modulacji świateł na każdej frazie, bez obowiązku „robienia show”. Cygan – mimo autoironicznych komentarzy – prowadził wieczór z wdziękiem i dystansem. I to wystarczyło.
Drugi koncert – poświęcony pamięci Wojciecha Trzcińskiego – miał zupełnie inny ton. Cichszy, bardziej melancholijny, ale w wielu momentach równie przejmujący. To nie był łatwy repertuar i nie wszyscy wykonawcy sobie z nim poradzili. Ale kiedy na scenie pojawiały się Krystyna Prońko, Halina Frąckowiak czy Edyta Geppert, wszystko wracało na swoje miejsce. To są artystki, które niczego nie muszą udowadniać – po prostu opowiadają. I właśnie tego dziś najbardziej brakuje.
Oba koncerty pokazały, że polska piosenka, kiedy się jej nie przeszkadza, potrafi mówić. I że kiedy ma twórcę – kompozytora i autora tekstu, a nie tylko program algorytmiczny – wraca do swojej pierwotnej funkcji: opowiadania o świecie. Nie trzeba było nic więcej. Ani dymu, ani ogni, ani wodospadów z konfetti. Wystarczyło słowo i dźwięk. I ktoś, kto potrafi je nie tylko wykonać, ale i zrozumieć.
fot. mat. org.