Slide
previous arrow
next arrow
Opole. Powrót sensu (bez dymu, bez konfetti) - Teatr dla Wszystkich

Opole. Powrót sensu (bez dymu, bez konfetti)

Na afiszu

Opole. Powrót sensu (bez dymu, bez konfetti)

Tegoroczne Opole okazało się zaskoczeniem. Nie dlatego, że nie spodziewałem się jakości, ale dlatego, że zbyt często się od niej odzwyczajamy – zwłaszcza na scenach muzycznych, gdzie w telewizyjnych formatach pierwsze skrzypce grają światło, scenografia i choreografia, a piosenka staje się tylko dodatkiem. Tym razem było odwrotnie: to muzyka i tekst znalazły się w centrum....
Opublikowano: 2025-06-16

Tegoroczne Opole okazało się zaskoczeniem. Nie dlatego, że nie spodziewałem się jakości, ale dlatego, że zbyt często się od niej odzwyczajamy – zwłaszcza na scenach muzycznych, gdzie w telewizyjnych formatach pierwsze skrzypce grają światło, scenografia i choreografia, a piosenka staje się tylko dodatkiem. Tym razem było odwrotnie: to muzyka i tekst znalazły się w centrum. A dla kogoś, kto od zawsze wierzy, że piosenka zaczyna się od słowa i melodii – był to wieczór szczególny – pisze Wiesław Kowalski.

Koncert poświęcony twórczości Jacka Cygana był wzruszający nie tylko dlatego, że śpiewano znane utwory. Poruszała ich obecność, sens i słyszalność. Słowo, które w telewizyjnych galach bywa zredukowane do refrenowego „la la la”, nagle odzyskało znaczenie. To, że ktoś naprawdę usłyszał tekst – nie tylko dźwięk – było dla mnie najważniejszym wydarzeniem festiwalu.

Wykonawcy nie zawiedli. Byli obecni, skupieni, poruszający. Nie przyćmiewały ich dziesiątki tancerzy, nie gonił ich czas antenowy, nie przerywały zmiany stylizacji. Najważniejsze były słowa – te pisane przez Cygana i te, które artyści wydobywali z siebie z szacunkiem do ich znaczenia. Gdy Edyta Górniak śpiewała „To nie ja”, była w tym wszystkim prawda. Gdy Ralph Kamiński interpretował „Jaka róża taki cierń”, miałem wrażenie, że słucham nie coveru, ale intymnej, aktorskiej etiudy. A Andrzej Seweryn, który pojawił się z utworem „Łatwopalni”, udowodnił, że nie trzeba śpiewać jak tenor, by poruszyć widza – wystarczy umieć opowiedzieć. W jego wykonaniu piosenka Maryli Rodowicz przestaje być tylko utworem o kruchej kobiecości czy emocjonalnej nadwrażliwości. Staje się monologiem – niemal Beckettowskim – człowieka próbującego zrozumieć, czym jest bliskość, pamięć, żar. Nie było tu ani grama sentymentalizmu, za to wszystko, co teatr kocha najbardziej: cisza, napięcie i prawda. To była piosenka w wersji dramatycznej, nieprzebrana w kostium muzycznej konwencji. W czasach, gdy estradowe interpretacje bywają coraz bardziej performatywne, a coraz mniej szczere, Andrzej Seweryn przypomniał, że wystarczy stać nieruchomo, spojrzeć w widownię i powiedzieć tekst – a jeśli ten tekst napisał Jacek Cygan, to reszta zrobi się sama. W jego wykonaniu „Łatwopalni” zapaliła się od środka.

Na scenie nie brakowało też artystów, którzy nie tylko doskonale śpiewają, ale potrafią współbrzmieć. Garou, Piotr Cugowski i Marcin Januszkiewicz stworzyli jeden z najpiękniejszych tercetów wieczoru. Ich wspólne wykonanie było precyzyjne, szlachetne i pełne wzajemnego słuchania. Nikt nie próbował przebić pozostałych, nikt nie udziwniał fraz, nie naginał melodii do własnego ego. Taka sceniczna wspólnota zdarza się rzadko i warto ją zauważyć.

Również aranżacje zasługują na uznanie – szerokie, muzyczne, ale bez przesady i maniery. Zygmunt Kukla i Adam Sztaba potraktowali oryginały z należnym szacunkiem. Nie fundowano im stylistycznego liftingu – bo te melodie nie potrzebują odmładzania, wystarczy je zagrać tak, jak zostały napisane. Piosenki Anny Jantar, Zdzisławy Sośnickiej czy Ireny Jarockiej nie zmieniały swojego oblicza – nie udawały filmowych ballad, nie były przepisywane na język współczesnego „przesteru i tłumika”. Zabrzmiały tak, jakby czas się nie zatrzymał – bo dobra piosenka nie starzeje się nigdy.

To nie był koncert wspominkowy, mimo jubileuszowego charakteru. Raczej – dowód na to, że piosenka literacka może odnaleźć się w XXI wieku, o ile potraktuje się ją poważnie. Bez efekciarstwa, bez modulacji świateł na każdej frazie, bez obowiązku „robienia show”. Cygan – mimo autoironicznych komentarzy – prowadził wieczór z wdziękiem i dystansem. I to wystarczyło.

Drugi koncert – poświęcony pamięci Wojciecha Trzcińskiego – miał zupełnie inny ton. Cichszy, bardziej melancholijny, ale w wielu momentach równie przejmujący. To nie był łatwy repertuar i nie wszyscy wykonawcy sobie z nim poradzili. Ale kiedy na scenie pojawiały się Krystyna Prońko, Halina Frąckowiak czy Edyta Geppert, wszystko wracało na swoje miejsce. To są artystki, które niczego nie muszą udowadniać – po prostu opowiadają. I właśnie tego dziś najbardziej brakuje.

Oba koncerty pokazały, że polska piosenka, kiedy się jej nie przeszkadza, potrafi mówić. I że kiedy ma twórcę – kompozytora i autora tekstu, a nie tylko program algorytmiczny – wraca do swojej pierwotnej funkcji: opowiadania o świecie. Nie trzeba było nic więcej. Ani dymu, ani ogni, ani wodospadów z konfetti. Wystarczyło słowo i dźwięk. I ktoś, kto potrafi je nie tylko wykonać, ale i zrozumieć.

fot. mat. org.

Kategorie:


Cytat Dnia

„[…] idziemy do teatru i okazuje się, że literatura ze swoim porównaniem homeryckim, heksametrem, nadmiarowym nasyceniem historii bohaterami i zdarzeniami może mieć swoją sceniczną egzemplifikację, która mocniej działa na odbiorcę niż starożytny grecki epos w najlepszym tłumaczeniu”

PikWroclaw.pl o „Odysei”, reż. Małgorzata Warsicka; 27.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL