O diabelskim pięknie muzyki barokowej
NIECH TO DIABLI!
O koncercie Barokowy karnawał w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy pisze Krystian Kajewski.
Zdarzało się, że koncert był jednocześnie podróżą sentymentalną. I tak się zdarzyło tym razem. Barokowy karnawał w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy przeniósł nas w czasy Casanovy i karnawału w Wenecji.
To czysty desant wyobraźni. Casanova, ten z filmu Felliniego, o twarzy Sutherlanda, przemyka przez Wenecję, sunąc gondolą pod Mostem Łez. Ale nie tylko Casanova. W programie wieczoru znalazło się miejsce na barok włoski, ale i francuski. I tu przyszło do mnie moje kolejne filmowe skojarzenie, film Patrice’a Chereau La Reine Margot. Lubię, gdy płynie muzyka, zamknąć oczy i dać się ponieść po prostu wyobraźni.
To utwory, które mają w sobie ten pierwiastek odkrywania nieznanego. Orkiestra Kameralna Capella Bydgostiensis gra je z wykorzystaniem instrumentów dawnych, tak bardzo charakterystycznych dla brzmienia barokowego. Dyrygent Paul Eswood pewną ręką trzyma nie tylko batutę, ale przede wszystkim wspomnianą Orkiestrę. Sopran Philippy Hyde wspaniale wydobywa piękno śpiewanej przez nią poezji Petrarki, ale pierwsze skrzypce należą do świetnego duetu: gitarzystki Anny Kowalskiej i Antona Biruli grającego na teorbie.
O ich wyjątkowości decydują kombinacja różnych charakterów oraz chemia między nimi I gitara gra. Wraz z teorbą, co pozwala rozkwitnąć sekstetowi wokalnemu złożonemu z Julii Preidl, Weroniki Kłos, Natalii Łęt, i uzupełniających to żeńskie trio: Dawida Jenczewskiego, Łukasza Sylwestrzaka i Pawła Piotrowskiego.
Nie sposób nie wspomnieć jeszcze o Balecie Dworskim Cracovia Danza, który uatrakcyjnił wieczór wspaniałą choreografią, a Pani Urszuli Guźleckiej należą się brawa za wprowadzenie i poprowadzenie przez całość aż do końca. A co usłyszeliśmy? Przede wszystkim utwory Claudio Monteverdiego. Ale też mniej znanych kompozytorów: od Antoine Fourqeray przez Arcangello Corellego po Marc–Antoine’a Charpentiera. Ot, klasykę baroku francuskiego i włoskiego.
Były tam nasze ciała, ale i odczucia. Przenieśliśmy się w epokę baroku, w której rozbudowana forma sięgnęła apogeum. Widzieliśmy Wenecję w wyobraźni, a tańce baletmistrzów żywo przypominały nam historię Casanovy. Monteverdi z pewnością pozostanie najgłębiej na dnie mojej duszy, ale i Corelli również. Wszystkie te madrygały i marsze mają w sobie dostojność i szlachetność, których trudno szukać w dzisiejszych czasach. Tak rozumiany karnawał, w sensie bachtinowskim, to zatem nie tylko czysta, wyprana z wyższych uczuć rozrywka, a raczej sposób na oczyszczenie. I tacy wyszliśmy z Filharmonii. Wewnętrznie oczyszczeni. Z głęboką wiarą, że sztuka może nas, ludzi, ciągle przemieniać w anioły.
Mozolnie też tworzyła partie wokalne Philippa Hyde, która śpiewała niemalże na granicy swych możliwości, a możliwości ma przecież przeogromne. Muzyka barokowa wymaga bowiem od śpiewających ją solistów umiejętności iście akrobatycznych, skrzy się od feerycznych popisów i roi się od rozmaitych pułapek. Niemniej Hyde poradziła sobie z tym wszystkim wzorcowo.
Myślę, że pierwsze skrzypce grała jednak gitarzystka, Anna Kowalska. To właśnie jej instrument nadawał ton wszystkim kompozycjom, tak jak gitara Gilmoura kompozycjom Pink Floyd. Kowalska zaś, niczym Hendrix gitary klasycznej, mnożyła wszystkie te trudne arpeggia bez jakiegokolwiek wysiłku, z uśmiechem na ustach, grając Monteverdiego tak jakby to było jakieś tam Shine On You Crazzy Diamond Floydów.
Dobre to było granie… Takie niewspółczesne. Muzyka barokowa, uduchowiona, przenika słuchacza na wskroś. Jest w swoim brawurowym emocjonaliźmie ekstremalna jak najbardziej ekstremalne odmiany ciężkiej muzyki metalowej. Bezkompromisowość,. Przy jednoczesnym opanowaniu gry na instrumentach mniej lub bardziej dawnych do perfekcji, sprawia, że można tych kompozycji słuchać, oddając się ich działaniu całkowicie. Ten totalny wymiar, wspomniany maksymalizm, charakterystyczny jest zresztą dla całości kultury barokowej, która była jednym z najciekawszych przez to okresów w całej cywilizacji ludzkiej i wydała tak wiekopomne dzieła.
Tam są moje korzenie. W baroku właśnie. Korzenie twórcze jako pisarza. Moja autorska metoda ma bowiem źródła już w barokowych eksperymentach literackich czy muzycznych właśnie, i zasadza się na połączeniu środków literackich i muzycznych we współbrzmiącą jedność.
Dla fanów to też świetny kontent: koncert skrzący się barwną pomysłowością, żywiołowa idea i praktyka myśli barokowej w pigułce, powalająca feeria muzycznych znaczeń i brzmień, coś pięknego, w swej, paradoksalnie, prostocie.
fot. mat. własny