Historia mojej gitary
O koncercie Joscho Stephan Trio w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy pisze Krystian Kajewski.
Przeszłość przepływa przez teraźniejszość i zmierza ku przyszłości. Na tym polega fenomen wskrzeszania muzycznych standardów jazzowych i nie tylko, a tę umiejętność do perfekcji opanowało Joscho Stephan Trio, gitarowy tercet, który nie boi się zagrać na scenie Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy koncertu złożonego głównie z repertuaru pop – od Presleya, przez Beatlesów, po muzykę filmową.
Nie czytam przed koncertem, co muzycy zagrają, bo chcę, żeby to była dla mnie niespodzianka. Dlatego z przyjemnością rozpoznałem pośród kilkunastu utworów zagranych przez Joscho i jego kolegów, takie perełki jak “Liber Tango” Piazzoli czy muzykę z filmów: od Frantika po Czekoladę.
Na pamiątkę wakacji przypomnieli coś z repertuaru Django Reinhardta, a w Filharmonii zrobiło się prawie jak w Multikinie, brakowało tylko popcornu i coca–coli.
W drugiej części koncertu zapanował luz blues.
A poza tym dziś żyjemy w Europie bez granic, więc nikogo nie dziwi Niemiec mówiący i śpiewający po angielsku, w dodatku grający cygański jazz gdzieś w Polsce.
Sztuka też nie zna granic. Zwłaszcza muzyka instrumentalna, która jest uniwersalna. Albo muzyka pop. W końcu Beatlesi są ciągle bardziej popularni od Jezusa.
Ciepła krew załoskotała mi paznokcie, kiedy zagrali Beatlesów właśnie, a do tego Elvisa Presleya, a nawet Seven nation army White Stripes.
Trzeba było wziąć się na sposób.
Ale i tam czekała na moją Wiarę nieskończona ilość zajęć. Mój umysł opierał się tym szlachetnym uproszczeniom, ale przypomniałem sobie słowa piosenki Beatlesów “Let it be” i dałem się ponieść; wtedy doszły do mnie wreszcie wszystkie dźwięki muzyki, i WTEM NAGLE NIESPODZIANIE, zobaczyłem na scenie JOSCHO STEPHAN TRIO w całej swej prostocie – i wszystko stało się jasne, to tylko muzyka.
Nie ruszyłem się z miejsca. Kiedy gitara Joscho łkała, słyszałem w niej smętne odbicie tonów George’a Harrisona, słyszałem wszystkie łkające gitary, zmasowane unisono. Kiedy Joscho grał, grał jak jakiś Jankiel. Jakby muzyka wychodziła wprost z jego duszy. Jakby sam był instrumentem.
Bilard – ot co miałem w głowie. Jakby wszystkie te dźwięki Joscho pchał w moim kierunku, jak kule bilardowe. Jakbym dostał taką diamentową kulą między oczy. I jakby w ciemnej sali nastąpiło rozjaśnienie. Wszystko wypełniła muzyka.
Kto mnie puści? Otaczają mnie dźwięki muzyki. Joscho strzela do mnie jak z karabinu, jak jakiś oszalały najzupełniej Desperado, strzela do mnie Markiem Knopflerem, strzela do mnie Erikiem Claptonem, strzela wreszcie Jimim Hendriksem, jakby to wszystko miał zapisane na tajemniczej partyturze, wszystkie te dźwięki muzyki, te, wydawałoby się, zgrane doszczętnie nuty, ale jednocześnie czuję w tym radość, ową podskórną radość, która wynika z odkrywania Ameryki na nowo, po raz enty, bo przecież ciągle jest to terra incognita, Ziemia Ulro.
Miałem zaledwie dziewięć lat i ojciec kupił mi gitarę. Zacząłem na niej instynktownie brzdąkać, słuchając nagrań Bon Jovi czy Europe. Wkrótce okazało się, że nigdy nie będę gitarzystą, ale zostałem pisarzem. Kiedy piszę, słucham muzyki, ot choćby teraz, słucham ponownie, jak Josho Stephan Trio gra te wszystkie standardy rockowe, jazzowe, filmowe…
Wyrzuciłem z siebie na gwałt te wiersze, pamiętając, że mówienie o muzyce jest jak cięcie nożycami fal oceanu. Dlatego o niej piszę. Pisanie jest jak czesanie piórem fal.
fot. mat. org.