Głosy nadziei
O „Matkach Chersonia” w reż. Barbary Wysockiej, koprodukcji Teatru Wielkiego–Opery Narodowej w Warszawie oraz Metropolitan Opera w Nowym Jorku, pisze Anna Czajkowska.
fot. Krzysztof Bieliński
O „Matkach Chersonia” w reż. Barbary Wysockiej, koprodukcji Teatru Wielkiego–Opery Narodowej w Warszawie oraz Metropolitan Opera w Nowym Jorku, pisze Anna Czajkowska.
fot. Krzysztof Bieliński
Na dużej scenie Teatru Wielkiego–Opery Narodowej odbyła się światowa premiera opery „Matki Chersonia”, inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami i dedykowanej tysiącom zaginionych dzieci. Fikcyjne postaci i ich działania przybliżają całemu światu obraz wojny na Ukrainie, tragedii rodzin i determinacji, poświęcenia matek próbujących odzyskać synów i córki, podstępem wywiezione przez Rosjan z okupowanego Chersonia.
„»Matki Chersonia« nazywam dokumentalną operą drogi”– mówi reżyser Barbara Wysocka, która z muzycznego spektaklu chce uczynić dzieło uniwersalne, bliskie antycznym tragediom traktującym o zrozpaczonych matkach, szukających utraconych dzieci. Chociaż zbiorowym bohaterem opery jest społeczność Chersonia, wyłaniają się z niej trzy główne bohaterki i to właśnie one staną się naszymi przewodniczkami przez tereny owładnięte okrucieństwem zbrodniczych działań wojennych.
Twórcą libretta jest amerykański dramatopisarz George Brant. Fabuła, którą stworzył, koncentruje się na postaciach dwóch matek, Katerynie i Daszy, oraz osobie babci, schorowanej Olhy. Kateryna i Dasza, zwiedzione obietnicami nauczycielki miejscowej szkoły, aby oderwać swoje nastoletnie córki od wojennej rzeczywistości pozwalają im wyjechać na obóz letni na Krym. Tak się zaczyna tragedia ukraińskich kobiet, które można porównać do mitycznych postaci Demeter bądź Hekabe, królowej Troi, rozpaczającej po śmierci dziewiętnaściorga dzieci.
Główne bohaterki wraz z innymi matkami wyruszają w desperacką podróż autobusem, aby uratować swoje dzieci. W drodze do obozu, w którym przetrzymywane są ich ukochane córki i synowie, matki z Chersonia muszą ominąć strefę działań wojennych, dlatego przemierzają tysiące kilometrów przez Polskę, Białoruś i Rosję. Ryzyko jest ogromne, niebezpieczeństwo grozi im dzień i noc, a szanse na dotarcie do celu są niewielkie.
Wykonawcy i twórcy starają się oddać emocje, pokazać ból, bezkresną rozpacz i ludzką bezsilność wobec manipulacji wroga. W ariach i pieśniach zobrazować cele, dążenia bohaterów, ale też zaszczucie, osaczenie oraz potworność zakłamanej propagandy. Barbarze Wysockiej udało się znaleźć precyzyjną, odpowiednią formę sceniczną, która wraz z tekstem George’a Branta przekształciła inscenizację w rodzaj thrillera wojennego w wersji operowej, druzgoczącego i poruszającego zarówno dzięki treści, jak i artystom.
Odtwórczynie głównych ról, Izabela Matuła (Kateryna) i Kamila Dutkowska (Dasza) z precyzją ukazują głębię ludzkiej psychiki i ponadczasowość losów dwóch kobiet. Wydaje się, że łączy je tajemnicza więź z konkretną postacią. Czy to kwestia losów bohaterek i zrozumienia postępowania, dogłębnego poznania ich natury? A może ważniejsze jest wokalne wyzwanie? W solowych ariach, w duetach, sopranistka w roli Kateryny, zmiennością tonów, ciepłem głosu potrafi oddać dylematy, wątpliwości, siłę i odwagę matek. Z kolei brzmienie sopranu lirycznego Kamili Dutkowskiej ma sobie więcej delikatności, która zamienia się na końcu w rozpacz. Udało jej się zachować świeżość spojrzenia na postać, z którą identyfikuje się na scenie. Kiedy cicho intonuje kołysankę, pozbawiona nadziei i radości, trudno powstrzymać łzy. Małgorzata Walewska mocno wzmocniła ów duet, dodała inne wartości, ale też jej mezzosopran ma inne brzmienie, a kreacja schorowanej Olhy, która mimo problemów ze zdrowiem decyduje się odnaleźć wnuczkę, porusza do głębi. Wielki profesjonalizm pozwala śpiewaczce na ujawnianie uczuć, na prowokowanie partnera, co czyni przedstawienie żywym. Śpiewaczka łączy profesjonalizm wokalny z aktorstwem i dynamicznym podejściem do postaci. Wokaliści, w partiach solowych, jak i chóralnych, potrafią wyśpiewać każdą nutę i … myśl, pamiętając że śpiew, odpowiednie wydobywanie dźwięku jest najważniejsze. Dzięki nim opera zyskuje wymiar osobisty, a każdy z nich wnosi do niej coś innego, odczytując intencje kompozytora zawarte w jego oznaczeniach muzycznych.
Warto zwrócić uwagę na Hannę Sosnowską-Bill (w roli Lilii), która cały czas pamięta o kolorze głosu, jego zmianach, oraz niesamowitego islandzkiego barytona Ólafura Sigurdarsona w partii kierowcy autobusu. Artysta utożsamia się ze swoim bohaterem, gra i śpiewa tak, by pokazać prawdziwe oblicze prostego, dobrego człowieka. Andriej Bondarenko czyli Witalij, ojciec Lilii wracający z frontu, umiejętnie pokazuje charakter postaci, psychologicznie złożonej i tragicznie prawdziwej. Inni śpiewacy również potrafią ściągnąć na siebie całą uwagę, nawet niewielkim epizodem. Weronika Wojtkowska (Ołena), Jadwiga Postrożna (Halyna), Elissa Pfaender (Tetiana Borysowa), Katarzyna Wietrzny (Maria), Tomasz Rak (Organizator misji ratunkowej), Marcel Orłowski (z-ca pełnomocniczki ds. praw dziecka),Tadeusz Szlenkier (Kierownik obozu), Adrian Domarecki (Kostia), Wojciech Parchem i Paweł Trojak pamiętają o tym, że ludzie przychodzą do teatru nie tylko po to, aby słuchać, jak artysta śpiewa. Widz chce coś przeżyć.
Dyrygentka Keri-Lynn Wilson, prowadząc orkiestrę i chór, współpracuje z solistami, ponieważ wzajemnie zrozumienie i dopełnienie w muzyce jest tu kluczem do sukcesu. Scenografia Barbary Hanickiej nie jest może zbyt wyszukana, trochę „naiwna”, ale pasuje do rytmu i charakteru dramatu – z jemu właściwym czasem.
Twórcą muzyki jest ukraiński kompozytor Maxim Kolomiiets, który dobrze wie o tym, że „poprzez muzykę można oddać emocje towarzyszące różnym sytuacjom i doświadczeniom. Także związanym z wojną”. W jego kompozycji słychać brzmienia ukraińskich ludowych melodii, połączonych ze współczesnymi tonami, skrojonymi pod gust amerykańskiej publiczności. Lekka i przystępna, klasyczna i jednocześnie nowatorska, pełna dramatyzmu linia melodyczna uwypukla portrety postaci. Pytanie, czy ta delikatność podkreśla również wagę tematu. W założeniu historia ma szerszy kontekst, zarówno ukraiński, jak i uniwersalny. Czy przetrwa próbę czasu? Barbara Wysocka i George Brant zadbali o to, by całość nie zabrzmiała fałszywie, nie stała się czarno-biała, co stanowiło priorytet dla amerykańskiego dramaturga. Nie ma podziału na zdecydowanie złych i z gruntu dobrych, bez żadnych niuansów. Ważny jest także realizm, znajomość specyfiki kulturowej, warunków życia miejscowej ludności.
Jednak odnoszę wrażenie, że „Matki Chersonia” są operą na tę chwilę, ważną w konkretnej sytuacji politycznej i społecznej. Przyszłość pokaże, czy rzeczywiście dzieło jest ponadczasowe i niewykluczone, iż szybko zniknie w odmętach historii.
„Nie chciało się przestać patrzeć na Modesta Rucińskiego oraz Annę Cieślak, szczególnie w ich wspólnej scenie. Aktorowi w główniaku nie zamierzam kadzić, choć wypadł wspaniale, lecz rolą Proctora, że powiem ewangelicznie, już dostał swoją nagrodę. No dobra, wystarczy miziańska z obsadą à la Łukasz Maciejewski”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.