Przypowieść o maskach

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Przypowieść o maskach

O „Moby Dicku” w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym w Gdyni pisze Agnieszka Serlikowska.

Opublikowano: 2026-10-08
fot. Rzemieślnik Światła
Ocena recenzenta/tki: (8/10) – bardzo dobry

„Moby Dick” Wojciecha Kościelniaka to opowieść o ludziach, którzy zakładają maski, by ukryć własne lęki, ambicje i słabości. O przywództwie, wykluczeniu, potrzebie przynależności i odpowiedzialności za tych, którzy podążają za nami. A przede wszystkim o tym, że czasem, żeby ocaleć, trzeba przestać być częścią tłumu.

W świecie, w którym wydaje się, że niemal każdy przeczytał „Odyseję” Homera w oryginale, a „Lalkę” Bolesława Prusa zna na pamięć, pozwolę sobie na kontrowersyjne wyznanie. „Moby Dick” Hermana Melville’a pokonał mnie w trakcie któregoś z licznych opisów marynistycznych. To zatem pierwsza taka sytuacja, gdy oglądam spektakl Kościelniaka bez pełnego kontekstu literackiego. Czy przeszkadza to w odbiorze przedstawienia? Zdecydowanie nie. Czy ten wstęp ma być klasyczną woltą recenzencką, w której napiszę: „ale teraz czuję się zainspirowana do przeczytania powieści do końca”? Niespecjalnie. Czy taka szczerość jest inspirowana tym, co zobaczyłam na scenie Teatru Muzycznego w Gdyni? Zdecydowanie tak.

Minimalistyczna scenografia Martyny Kander, składająca się z dwóch rusztowań na proscenium oraz biegnących przez całą scenę wręg, które płynnie przechodzą w ekran z wizualizacją, sugestywnie przenosi widza w mroczny świat załogi statku. Nie bez przyczyny ta ciemność i drewniane żebra budzą skojarzenia z brzuchem wieloryba. Przypowieść o Jonaszu, nieposłusznym proroku, który za próbę ucieczki przed powierzoną mu przez Boga misją został uwięziony w trzewiach wielkiej ryby, odbija się echem w wypowiedziach bohaterów spektaklu.

Jest ich, nomen omen, trzynastu. Kapitan, oficerowie, załoganci – niby zwykłe, choć archetypiczne osobowości – oraz dwaj bohaterowie metaforyczni: demon podszeptywacz i biały marynarz – ostrzegające światło w mroku. Zespół uzupełnia para tancerzy symbolizujących ocean.

Pod względem obsady to bardzo męskie przedstawienie. Jedyną kobietą jest odtwórczyni roli Pipa – chłopca okrętowego, w książkowym pierwowzorze czarnego. Nie podejrzewam, by w tej decyzji obsadowej chodziło tylko o drobniejszą od pozostałych marynarzy posturę. Jeden rodzaj wykluczenia został przez Kościelniaka zmieniony na inny, a wrażliwość z tego tytułu przeniesiona dość naturalnie na podobną, uwzględniającą krajowy kontekst kulturowy.

Stworzone natomiast przez Ewelinę Adamską-Porczyk choreografie, rozpisane wyłącznie na postacie męskie, po raz kolejny potwierdzają, że wciąż w teatrze muzycznym są pola do odkrycia – i można to zrobić na tyle brawurowo, by zaprzeć widzom dech w piersiach. Jednocześnie nie da się ukryć, że wisienką na torcie tych „męskich” choreografii jest występ Angele Villanuevy Jary właśnie w roli Pipa. Jej taniec na głowie umieszczonej uprzednio w wiadrze powinien przejść do historii.

Fabularnie w spektaklu, jak w książce, podążamy za Izmaelem – nowicjuszem na morzu, który po bankructwie ojca podejmował się wielu zawodów, nie znajdując dla siebie miejsca w świecie. To jakże współczesne rozczarowanie pokoleń, którym wmawiano, że ciężka praca przyniesie sukces i zaspokojenie. Odtwarzający tę rolę Jakub Badurka w sposób bardzo przykuwający uwagę rozgrywa ją półcieniami – optymizm neofity zestawia z okazjonalnymi nawrotami smutku i narastającym w miarę upływu czasu poczuciem fatum. A jednak jako jedyny z bohaterów, podobnie jak swój biblijny odpowiednik, mimo przekleństwa urodzenia otrzymuje szansę na życie i historię.

To przez oczy Izmaela patrzymy również na Ahaba. Symbol przywódcy absolutnego, demagoga, który swoją osobliwą obsesją zaraża załogę, błyskając jej złotą monetą jako symbolem bogactwa. Rafał Ostrowski w tej roli także uwodzi widzów. W pierwszym akcie można odnieść wrażenie, jakby to sam musicalowy Wokulski z rozdartej sosny Judyma wyciosał statek, na którym w większości dopełni się los jego załogi.

W drugiej części realizacji aktor zdejmuje jednak maskę charyzmatycznego pół romantyka, pół pozytywisty, pokazując – aż nadto przekonywająco – obraz tyrana pozbawionego empatii, nawet w obliczu tragedii dawnego przyjaciela. I w tej postaci Biblia boleśnie miesza się ze współczesnością: gdy patrzymy na przywódcę, który pod pozorem dążenia do dostatku swoich ludzi zmierza jedynie do zaspokojenia własnych potrzeb, nie bojąc się korzystać z mistycznej duchowości, by osiągnąć partykularny cel, i okazując pozorną litość wyłącznie słabszym. Analogie do dzisiejszej polityki światowej są tu wręcz bolesne. Jakbyśmy wszyscy od jakiegoś czasu byli załogantami Pequoda.

Czy Kościelniak daje nam zatem receptę, jak się ochronić przed losem marynarzy? Nie receptę, ale trumnę…
Ostatecznie tylko Izmael wychodzi z przypisanej mu archetypicznej roli protagonisty poprawnego politycznie, melancholika, który wiedząc, że świat nie ma dla niego propozycji, pogrąży się w marazmie, ucznia, który za swoim mistrzem podąży do jądra ciemności. Wyratuje go trumna stworzona przez Queequega (brawurowy Paweł Muranowski) – postać z innego kręgu kulturowego, mitycznego łowcę głów, którego główny bohater nie odrzuca z powodu jego odmienności.

Wyratuje nas wrażliwość pozwalająca rozpaczać nad losem zabitego czarnego wieloryba w piosence otwierającej drugi akt. Powracające jak mantra zdanie ze wszystkich źródeł historycznych i literackich: „zło dobrem zwyciężaj”, ale i zdjęcie gombrowiczowskich masek.

Bo inscenizacja Kościelniaka to również opowieść o maskach. Kapitan Ahab w „Moby Dicku” widzi maskę, za którą czai się zło do pokonania. Sam jednak przybiera maskę wrażliwego przywódcy. Izmael jest wspomnianym uczniem, Pip – uciśnionym, Starbuck (kolejna świetna rola Tomasza Gregora) – prawym, lecz pozbawionym mocy sprawczej krytykiem, a Stubb – błaznem wycofującym się przed konfrontacją. Krzysztof Wojciechowski w scenach komediowych buduje tu czarującą karykaturę Popeye’a.

Ta realizacja urzeka też muzyką Mariusza Obijalskiego. Motyw przewodni śpiewany przez Izmaela – „Wystrzegaj się legendy białego kaszalota” – wybucha pełnym blaskiem w finale opowieści i wciąż brzmi w mojej głowie, kiedy piszę te słowa.

Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej

Kategorie:


Cytat Dnia

„Reżyserko, aktorsko i ideologicznie wszystko jest w porządku. Spektakl się udał, tylko widz zdechł z nudów. Lecz zacznijmy jeszcze wcześniej, od przedprzedstawienia albo prerecepcji. Odkąd Drewniak milczy, nikt już nie wytyka kolegom krytykom nierzetelności w rzemiośle. Teraz wszystko przejdzie, wbrew hasłu Boskiej Komedii”

Maciej Stroiński o „Nonfiction”, reż. Gosia Wdowik; E-teatr.pl, 7.10.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL