Niedokończony poemat Gałczyńskiego fascynuje Andrzeja Pieczyńskiego, od kiedy usłyszał go i zobaczył w latach 70. na scenie Starej Prochowni w wykonaniu Ireny Jun.
Przymierzał się do niego wielokrotnie, w latach 90. w Gdyni, w 2007 r. w warszawskim Teatrze Polskim wraz z aktorką Ewą Domańską, grającą żonę poety.
Tym razem występuje na scenie jedynie w towarzystwie młodego pianisty, Wojtka Lisowicza. Gdy wchodzimy na widownię, jesteśmy przez chwilę z samą muzyką, z samą muzyką zostajemy też na końcu spektaklu. Pieczyński podczas swojego solo wchodzi także w interakcje z publicznością. Tekst jest purnonsensowy, pełen poetyckich, zdumiewających paradoksów, niepokojący i katastroficzny. Jest to niepohamowany, liryczny strumień świadomości, a może raczej podświadomości czy nieświadomości.
Andrzej Pieczyński sam opracował tekst i sam siebie wyreżyserował. Jego interpretacja „Balu u Salomona” to przede wszystkim opowieść o walce poety z jego własną wyobraźnią, która go przerasta, zadziwia, a czasem nawet przeraża. Wyobraźnią podlewaną alkoholem i melancholią.
Scena, jest niemal pusta, ujrzymy tylko kanapę, krzesło i stół z maszyną do pisania,. Na balu u Salomona wiele metafor zmierza donikąd, w pustkę właśnie, „pajace polerują posadzki”, a majordomus jest… „coraz pijańszy”. Te indywidua musimy sobie wyobrazić, podobnie jak gospodarza. Salomon, uosobienie mądrości, przez gości bardzo oczekiwany, do którego przybyli mają wiele pytań, spóźnia się. Wszyscy na niego czekają.
Muzyka, skomponowana jeszcze na potrzeby wcześniejszej wersji przedstawienia, buduje tu nastrój. Poczekalnią jest pokój poety z maszyną do pisania i opróżnianą butelką. Za oknami skrzypi ciepły mróz, a może dochodzi złowrogi tupot żołnierskich butów i majaczy widmo wojny. Nawet żona i Bóg pojawiający się w opowieści są malutcy, jak ziarnka piasku, ogromny jest może tylko Belzebub.
Gałczyński, zmęczony „urzędniczeniem” w Berlinie, w latach 30. zamyka się w swoim gabinecie i pisze „Bal…” , zainspirowany ponoć przez swoją „srebrną Natalię”, która przypomniała mu jego sen i spowodowała tym u swego męża, jak głosi anegdota, przypływ weny poetyckiej.
Pieczyński ma świetny warsztat aktorski, choć nie zawsze wiadomo, dlaczego krzyczy akurat w tym miejscu, dlaczego akurat w tym miejscu szepcze czy śpiewa. Jak każdy aktor miewa swoje maniery.
Mówi o sobie: „robię w słowach”, identyfikuje się z poetą walczącym z nicością, którego pomysły galopują w pustkę, urywają się, giną, topnieją jak śnieg z poematu. A to podąża za weną albo pijackim widziadłem, to znów wycisza się, uspokaja, to wybiega za kulisy, to zasiada do maszyny do pisania, to wchodzi w nieraz komiczny dialog z wyimaginowanymi innymi poetami czy gośćmi Salomona, role zmieniając jak rękawiczki. Choć zastanawia się: „może jestem nie do komedii, ale do osamotnienia i do wrzasku?”. Poeta walczy i z wyobraźnią i z niemocą twórczą. I z pustką i lawiną pomysłów.
Mam wątpliwości, czy pianista jest potrzebny na scenie, wydaje się, że mógłby grać zza kulis, nie odwracając uwagi. On wydobywa warstwę muzyczną na plan pierwszy, jest w pełnym świetle, w przeciwieństwie do głównego aktora, którego przez chwilę spowija nawet całkowita ciemność. Poza tym muzyka jest już przecież w słowach, mknących tu z prędkością światła. Słowach dziwnych, obco brzmiących, staroświeckich. Pełno tu kandelabrów, lordów, starców tańczących z ozdobnymi laskami. Słowa są najistotniejsze. Pianista także w pewnym momencie powtarza słowa poety, równie dobrze jednak mogłyby zabrzmieć z offu, jak w pewnej chwili głos samego gospodarza, Salomona.
Nad wszystkim unosi się śmierć. „Lorda znaleziono z zatrutym mózgiem”. „Trup pachniał jesienią, czarną kawą i nonsensem”.
Monodram to szalenie wymagająca forma, zwłaszcza dla wykonawcy, który sam jeden musi utrzymać cały czas uwagę widza. Szczególnie jeśli tekst jest rodem ze świata czystej formy, szalony, osobny i wyszukany. Dlatego niezwykle ważne są tu działania sceniczne. A tych mogłoby być w „Balu…” jeszcze więcej. Pieczyński stuka w klawiaturę maszyny do pisania. Rozrzuca, gniecie kartki, wstaje z kanapy. Szuka za kulisami Salomona, wychodzi do widowni, przebiera się w kapelusz i płaszcz, zatacza się, popija z małej buteleczki. Jak na sześćdziesiąt minut poetyckiego „galopu w nicość” to jednak trochę za mało.
Monodram Pieczyńskiego pozostawia zatem niedosyt, otwiera jednak głowę, jest dowodem na to, że wyobraźnia nie ma granic, a tekst „mistrza Ildefonsa”, choć hermetyczny i trudny, nie zestarzał się i wciąż porywa.
Scena Metro