Szekspir po królewsku
O „Śnie nocy letniej” w reż. Jakuba Krofty w ramach projektu Szekspir pod Gwiazdami pisze Lena Kuran.
fot. Maks Mołota
O „Śnie nocy letniej” w reż. Jakuba Krofty w ramach projektu Szekspir pod Gwiazdami pisze Lena Kuran.
fot. Maks Mołota
W teorii atrakcyjna, formuła spektaklu plenerowego niesie z sobą potencjał przytłoczenia akcji scenicznej przez akcję „pozasceniczną” – innymi słowy, przeniesienia uwagi publiczności z gry aktorskiej na współwidzów oraz tzw. okoliczności przyrody.
Decydując się na zaprezentowanie „Snu nocy letniej” w urokliwej przestrzeni Ogrodów Zamku Królewskiego, twórcy projektu Szekspir Pod Gwiazdami podjęli próbę dostarczenia warszawskiej publiczności wrażeń przewyższających niezaprzeczalne walory estetyczne lokalizacji spektaklu – i z zadania tego wywiązali się, nomen omen, śpiewająco.
Idea, którą zainspirowali się reżyser Jakub Krofta i dramaturżka Maria Wojtyszko, wzięła swój początek od zainicjowanego przez Václava Havla festiwalu Letní Shakespearovské Slavnosti, od ćwierćwiecza umilającego Prażanom letnie wieczory. Początkowo odbywający się na scenie plenerowej przy praskim zamku, festiwal ten obejmuje obecnie również sceny w Brnie i Ostrawie, a także w Bratysławie, nie licząc mniejszych miast czeskich i słowackich. Zachęceni tym przykładem i mający za sobą praską realizację „Makbeta” w ramach edycji z 2022 r., Wojtyszko i Krofta zdecydowali się (we współpracy z producentem Evženem Hartem) stworzyć odpowiednik czeskiego festiwalu dla polskich widzów.
W realizację pierwszej warszawskiej premiery projektu oprócz Krofty i Wojtyszki zaangażowała się Kinga Latusek, producentka spektakli scen gdańskich i warszawskich, a partnerem generalnym została grupa inwestycyjna PPF, od lat współtworząca festiwal Letní Shakespearovské Slavnosti. Zespół producencki postawił na „Sen nocy letniej” w tłumaczeniu Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, zapraszając warszawską publiczność do zanurzenia się w świecie kapryśnych elfów, rozdzielonych przez los kochanków i prostodusznych rzemieślników. Te barwne postacie zapraszają widzów do onirycznej krainy marzeń, w której każdy może być kochany – choć niekoniecznie szczęśliwie.
Trio Krofta-Wojtyszko-Kotlińska współpracuje artystycznie już od wielu lat, czego efekty możemy podziwiać w przemyślanej, spójnej inscenizacji warszawskiego „Snu”. Już sam wybór tłumaczenia tekstu okazuje się trafny: kwestie włożone w usta bohaterów przez Gałczyńskiego („i tak podbiłeś młodą wyobraźnię / pierścionkiem, wiankiem, łakotką, błyskotką”) brzmią naturalnie i niewymuszenie, zostawiając przy tym aktorom przestrzeń na improwizację i swobodę interpretacyjną.
W warstwie wizualnej przedstawienie zachwyca: spokojna, minimalistyczna scenografia pozwala widzom skupić się na fenomenalnych kostiumach autorstwa tej samej twórczyni, Matyldy Kotlińskiej. Wizerunek każdej z postaci został głęboko przemyślany i precyzyjnie dopasowany (najbardziej zachwycili mnie w tym aspekcie Anita Sokołowska, Grzegorz Małecki i Anna Lobedan), począwszy od fioletowo-różowo-zielonej feerii elfiego królestwa przez nieco spokojniejsze, acz nadal przykuwające oko wizerunki czworga kochanków, aż po ateńskich rzemieślników, którzy naprawdę błyszczą podczas sztuki o Pyramie i Tyzbe. Nie można nie wspomnieć tutaj także o znakomitym makijażu (Bartosz Bielenia – czy ktoś już stworzył petycję z prośbą o obsadzanie tego aktora we wszystkich inscenizacjach „Snu nocy letniej”? Chętnie podpiszę takową…) czy o harmonijnym połączeniu muzyki Daniela Malchara i sound designu Kamila Malchara i Daniela Cebuli-Orynicza z ruchem scenicznym zaaranżowanym przez Milenę Czarnik. Spektakl jest wspaniale muzyczny; elfy (wspomniana już Anna Lobedan oraz Alicja Armata, Rafał Łysak, Marcin Sosiński i Adrian Załęgowski) znakomicie śpiewają, tworząc przepiękne harmonie – w kuluarach doszły mnie pytania publiczności o możliwość zamieszczenia nagrań w serwisach streamingowych, ponieważ tę muzykę i śpiew chce się zabrać ze sobą do domu.
Aktorsko spektakl nie ma w zasadzie słabych stron. Otwierające sceny dziejące się w Atenach są być może „najsztywniejsze”, ale dzięki temu zapewniają znakomity kontrapunkt dla fantastycznego świata elfów. Młodzi kochankowie, Hermia, Lizander, Helena i Demetriusz (Julia Totoszko, Piotr Napierała, Anna Smołowik i Robert Czerwiński) są uroczy w swojej pasji i zaangażowaniu; rzemieślnicy ateńscy (Wojciech Kalarus, Wojciech Solarz, Waldemar Barwiński, Adam Cywka), w pełni zaangażowani w swoje role aktorów na ślubie Tezeusza (Robert Jarociński) i Hipolity (podwójna rola Anny Lobedan), absolutnie „kupują” publiczność swoją wersją opowieści o tragicznym losie mitycznych kochanków.
Przepięknie płynna w ruchu i nastroju Anita Sokołowska-Tytania i trochę obrażony na świat Grzegorz Małecki-Oberon to przepięknie frenetyczni i kapryśni władcy krainy elfów – zdjęcie „zwisającego” ze sceny Małeckiego (ważna uwaga: podczas spektaklu można robić zdjęcia) stało się zresztą moją nową ilustracją uczucia „ja po tygodniu pracy, w której muszę rozmawiać z ludźmi”. Dziękuję.
Nie bójmy się jednak powiedzieć wprost: to jest w dużej mierze spektakl Bartosza Bieleni, który prawdopodobnie urodził się po to, żeby zagrać tego właśnie Puka. Bielenia jest wszędzie: pojawia się znienacka za plecami widzów, przeszukuje ogrodowe żywopłoty w zręcznej parodii Osła ze „Shreka”, rozsiewa dookoła brokat i celnie komentuje akcję sceniczną. Moje współwidzki podkreśliły wielokrotnie, że przegapiły część „głównej” sztuki, ponieważ szukały Puka poza sceną. Ośmielam się żywić nadzieję, że spektakl zostanie powtórzony przy okazji kolejnej edycji festiwalu lub udokumentowany w formie pozwalającej aktorowi i widzom na powrót do tej postaci.
Warszawski debiut plenerowy Krofty i Wojtyszko należy więc zaliczyć do naprawdę udanych, a przy okazji zastanowić się, na czym polega fenomen „Snu nocy letniej”? Sztuka zawiera elementy, które znamy z innych utworów Szekspira („Hamlet”, „Romeo i Julia”, „Poskromienie złośnicy”, „Burza”) w konwencji „podobają nam się te rzeczy, które już znamy”, i jest de facto zamkniętą historią podlegającą prawu „magicznego resetu” (choć niepozostającego bez konsekwencji dla bohaterów). Być może chodzi o to, że „Sen nocy letniej” nas wyzwala, pokazując, że każdemu mogą co prawda wyrosnąć ośle uszy, ale po chwilach szaleństwa szczęśliwie wracamy do osób, które naprawdę nas kochają. Wystarczy tylko być sobą i nie brać życia zanadto serio. Odrobina magicznego proszku też nie zaszkodzi – byle z umiarem!…
„Dramat Ofelii jest wzmocniony faktem, że jest w ciąży”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.