Nie bądźmy markotni
O spektaklu „Śluby panieńskie” w reż. Lidii Sadowej na festiwalu „Fredro w Łazienkach” pisze Anna Czajkowska.
fot. Teatr Klasyki Polskiej




O spektaklu „Śluby panieńskie” w reż. Lidii Sadowej na festiwalu „Fredro w Łazienkach” pisze Anna Czajkowska.
fot. Teatr Klasyki Polskiej
Teatr Klasyki Polskiej nie od dziś dobitnie pokazuje, że tradycja Fredrowska odegrała ogromną rolę w kształtowaniu polskiego stylu teatralnego i jest wciąż żywa, potrzebna widzom, a utwory Fredry, przemawiając ze sceny stają się bliższe słuchaczom.
„Śluby panieńskie” należą do wielkiej czwórki dramatów, obok „Zemsty”, „Pana Jowialskiego” oraz „Dożywocia”. Choć wielokrotnie zmieniano ich interpretację, uwspółcześniano, wprowadzano innowacje, to jednak siła klasyki teatru nadal zwycięża.
Oparty na wyrazistych postaciach utwór, które trafił na scenę jeszcze za życia autora (legenda głosi, iż Fredro miał pisać swoje komedie z uwzględnieniem osobowości pierwszych wykonawców), niezmiennie bawi, wzrusza i zmusza do refleksji nad siłą uczuć. „Śluby panieńskie” , czyli „Magnetyzm serca”, w zabawny, pełen subtelnego humoru sposób traktują o miłości i niepozbawionych romantycznych uniesień relacjach pomiędzy bohaterami sztuki.
Wprawdzie Aniela i Klara złożyły śluby zapewniające, że nigdy nie wyjdą za mąż, jednak dzięki intrydze Gustawa, trzpiota i flirciarza oraz wytrwałości drugiego młodzieńca, nieco fajtłapowatego, ale uroczego Albina, łamią swe przyrzeczenia. Rozpoczyna się seria manipulacji oraz plotek, wprowadzających całe towarzystwo w błąd. Choć kłamstwa Gucia zostają odkryte, ostatecznie wszystko kończy się szczęśliwie, a plan Gustawa, ku radości stryja Radosta i pani Dobrójskiej, zostaje zrealizowany.
By wydobyć całą kolorystykę języka poszczególnych postaci, barwę wyrażeń z potocznego języka, używanego w Galicji oraz podkreślić aluzyjność i ironię, tak umiejętnie stosowaną przez Fredrę, potrzebna jest odpowiednia interpretacja ze strony aktorów. Wymaga to swobodnej i starannej wymowy, która może zawierać pierwiastek przeszłości i przyszłości.
Jednym z bohaterów komedii jest pełen temperamentu, buńczuczny Gucio, oczywiste przeciwieństwo romantycznego bohatera o tym samym imieniu, lecz używanym w pełnej formie, bez zdrobnień. Młodzieniec hołduje miłości radosnej, witalnej, niepozbawionej zmysłowości i właśnie taką postać kreuje Ksawery Szlenkier. Pełen naturalności i kontrolowanej swobody aktor, czyni postać bohatera sprzed wieku bliską również współczesnemu widzowi, od czasu do czasu mrugnąwszy do niego okiem. Potrafi grać zarówno mocno, z energią, jak i subtelnie, z delikatnością, posługując się mimiką czy ruchem dłoni.
Drugi młodzieniec, Albin, to celowo przerysowana karykatura werterowskiego kochanka. Wiecznie cierpiący i komiczny wielbiciel „okrutnej” Klary, którego rzewne wzdychania dziewczyna usiłuje ignorować, nieodmiennie bawi publiczność swymi sentymentalnymi wyznaniami. Wcielając się w tę postać Przemysław Wyszyński, nie popada w schematyczność, co bywa częstym błędem aktorów odtwarzających rolę Albina. Umiejętnie stosuje środki aktorskiego wyrazu; słowem, gestem, wyrazem twarzy wydobywa humorystyczne niuanse z fredrowskiego tekstu, a jego Albin, trochę niezgrabny, za to szczery i mimo wszystko pełen męskiego uroku, szybko zdobywa sympatię widowni. Wyszyński wykorzystuje plenerową, swobodniejsza aurę i nawet zagaduje widzów, prosząc o pomoc czy radę.
Obok nich dumne panny – urocza Angelika Kurowska w roli Klary, „dręczycielki” Albina. Zbuntowana i trochę złośliwa, a przy tym bystra, ceniąca swoją niezależność dziewczyna, pod niemal magicznym wpływem magnetyzmu serc wkrótce zmieni swoje zdanie. Jej niechętne nastawienie do męskiego rodu pęknie jak mydlana bańka. Pozostając w tradycyjnym, fredrowskim klimacie, Angelika Kurowska ukazuje postać dziewczyny niemal współczesnej, pełnej wigoru i ekspresji, przeciwnej ograniczeniom wolności własnej. Potrafi połączyć obie te tendencje w sposób niewymuszony i z wyczuciem. Druga z dziewcząt, Aniela, którą gra Marta Dylewska, jest spokojniejsza i bardziej wrażliwa, choć nie wydaje się przez to słabą kobietką. Aktorka buduje wdzięczną postać młodej panienki z wiejskiego dworu, która nie traci ani na chwilę poczucia własnej wartości i nie myśli rezygnować ze słusznej dumy.
Młodym aktorom partneruje przerysowany, ale jakże ujmujący i sympatyczny Leszek Zduń jako nieco groteskowy Radost. U jego boku pojawia się szlachetna, dobra i mądra matka Anieli, czyli Joanna Kwiatkowska-Zduń w roli Dobrójskiej. Nie mogę pominąć wielce zabawnego Arkadiusza Janiczka, który gra Jana i wcielając się w bystrego, wiernego służącego panicza Gustawa, słusznie przyciąga uwagę wszystkich.
Jednak coś zgrzyta w „Ślubach panieńskich”, celowo zresztą. Bohaterki są najwyraźniej „wodzone za nos” przez sprytnego Gucia, a ich decyzje o samodzielności nie będą brane pod uwagę. Świat ubiegłego wieku patrzy na ich „strajk miłosny” z pobłażaniem, skoro i tak wiadomo, że niezamężne pozostać nie mogą. Dobrze, że chociaż trafili im się zakochani (na razie!) młodzieńcy. Fredro to widział i wiedział, jedynie postarał się złagodzić i rozmyć tę gorycz czasów radosnym, szczęśliwym zakończeniem, z wiarą w moc uczuć.
Sztuka grana w plenerze, przed dworskim pawilonem zwanym Ermitażem, przy warszawskiej ulicy Agrykoli zyskuje niepowtarzalny klimat. Szum drzew i chwila wytchnienia od gwaru codzienności przynosi niezapomniane wrażenia. Uwagę przyciągają też starannie dopracowane kostiumy autorstwa Anny Czyż. Tylko nagłośnienie warto byłoby poprawić, ale to drobiazg.
To pełen fantazji i delikatnej pikanterii spektakl, w którym przewrotność i skłonność do ironii, bezskuteczne przeciwstawianie się tradycji, a także szczerym, żywym uczuciom, bawi i zaskakuje, pozwalając docenić wrażliwość autora oraz twórców spektaklu. Ku uciesze publiczności Fredro czaruje wytwornym wdziękiem, doskonałością wiersza oraz niebanalnym tekstem i pomysłami z okazją do refleksji.
„Poza tym spektakl jest długi i nudny, tak samo szary jak biedne, zakłamane życie w czasach transformacji systemowej w Polsce, choć pełne nadziei i zmian. Końcówka drażni, wydaje się niezrozumiała. A jednak ma sens ten zatomizowany pląs artystów, bo jest dyskotekowym chaosem indywidualnej, radosnej ekspresji”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.