Piotr Fronczewski – aktor, który towarzyszył mi przez pół wieku
Wczoraj swoje osiemdziesiąte urodziny obchodził Piotr Fronczewski.
fot. Michał Englert




Wczoraj swoje osiemdziesiąte urodziny obchodził Piotr Fronczewski.
fot. Michał Englert
Trudno pisać o takim artyście w kategoriach jubileuszu. Są bowiem aktorzy, których się podziwia, i są tacy, którzy przez lata stają się częścią naszego własnego życia. Dla mnie Piotr Fronczewski należy właśnie do tej drugiej grupy.
Należę do pokolenia, które wielki teatr poznawało najpierw za pośrednictwem Teatru Telewizji. Dziś trudno to młodszym widzom wytłumaczyć. Teatr Telewizji nie był wtedy jedną z wielu propozycji programowych. Był wydarzeniem. Był spotkaniem z najlepszą polską literaturą i najwybitniejszymi aktorami. Dla wielu z nas był również pierwszą szkołą teatru.
W tej szkole jednym z najważniejszych nauczycieli okazał się właśnie Piotr Fronczewski.
Pamiętam go jeszcze z lat siedemdziesiątych. Najpierw jako Mackiego Majchra w „Operze za trzy grosze”, potem Chlestakowa w „Rewizorze”. Był błyskotliwy, niepokorny, obdarzony niezwykłą energią. Niedługo później pojawił się jako Cyrano de Bergerac, Yossarian w „Paragrafie 4”, Pan Młody w „Weselu”, Car w „Kordianie”. Dla młodego widza było w tym coś fascynującego. Jednego miesiąca oglądałem ironistę i komedianta, innym razem bohatera romantycznego albo postać tragiczną. Wydawało się, że nie istnieje rola, której Fronczewski nie potrafiłby przekonująco wypełnić własną energią i obdarzyć swoim temperamentem.
Już wtedy zwracałem uwagę na coś, co później stało się dla mnie znakiem rozpoznawczym jego sztuki. Wielu aktorów gra przede wszystkim sobą. Widz rozpoznaje ich charakterystyczny sposób mówienia, gesty, temperament. Fronczewski był inny. Potrafił zniknąć za postacią. Nigdy nie miałem poczucia, że oglądam „Fronczewskiego w kolejnej roli”. Oglądałem bohatera, którego stworzył.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem go na żywo, w marcu 1993 roku, w „Mazepie” Gustawa Holoubka w Ateneum, miałem poczucie spotkania z aktorem, którego znałem od lat, choć nigdy wcześniej nie widziałem go z tak bliska. Jego Wojewoda nie był tylko szlachetnym dostojnikiem z romantycznego dramatu. Był człowiekiem rozdartym między godnością, pychą, namiętnością i lękiem. Fronczewski nie budował tej postaci efektownymi środkami. Wystarczała obecność. To jeden z tych aktorów, którzy potrafią skupić uwagę widowni samym wejściem na scenę.
Kilka lat później oglądałem go jako Pchełkę w „Antygonie w Nowym Jorku”. To jedna z ról, które szczególnie zapadły mi w pamięć. W świecie bezdomnych wykreowanym przez Janusza Głowackiego jego bohater był jednocześnie śmieszny i przejmująco smutny. Fronczewski odnajdywał w nim godność człowieka, którego życie niemal wszystkiego pozbawiło. Potrafił rozbawić publiczność, by chwilę później pozostawić ją z poczuciem gorzkiej refleksji.
Podobne wrażenie zrobił na mnie Astrow w „Wujaszku Wani”. Czechow wymaga od aktora szczególnej umiejętności operowania półtonami. Nic nie jest tu jednoznaczne, wszystko rozgrywa się pomiędzy słowami. Fronczewski znakomicie odnajdywał się w tej przestrzeni. Jego Astrow był człowiekiem inteligentnym, zmęczonym, świadomym własnych niespełnień, ale wciąż próbującym ocalić resztki idealizmu.
A przecież ten sam aktor potrafił chwilę później zachwycać w komedii. W „Kolacji dla głupca” bawił publiczność znakomitym wyczuciem rytmu i sytuacji scenicznej. Właśnie ta różnorodność od zawsze budziła mój podziw. Fronczewski równie naturalnie poruszał się między Sofoklesem, Czechowem i Słowackim, jak między Veberem, Simonem czy Młynarskim.
W „Młynarskim, czyli trzech elementach” spotkały się dwa pokrewne temperamenty artystyczne. Inteligencja, ironia, dystans do świata i jednocześnie czułość wobec ludzkich słabości. Słuchając Fronczewskiego interpretującego teksty Wojciecha Młynarskiego, miałem wrażenie obcowania nie tylko z aktorem, ale również z mistrzem słowa.
Szczególne miejsce w moich wspomnieniach zajmuje jednak „Król Edyp”. Najpierw oglądałem tę rolę na scenie Ateneum, później także w Teatrze Telewizji. Była to kreacja niezwykle dojrzała. Fronczewski nie budował Edypa jako monumentalnego bohatera tragedii antycznej. Interesował go człowiek stopniowo odkrywający prawdę o sobie. W jego interpretacji tragedia nie wynikała wyłącznie z działania losu czy bogów. Wynikała również z ludzkiego pragnienia poznania prawdy za wszelką cenę.
W kolejnych latach obserwowałem, jak dojrzewa razem ze swoimi bohaterami. W „Skarpetkach, opus 124”, „Słonecznych chłopcach” czy „Edukacji Rity” pojawiał się już temat przemijania, bilansu życia, pamięci i doświadczenia. Szczególnie poruszył mnie Willy Clark w „Słonecznych chłopcach”. Fronczewski nie grał starości jako zbioru aktorskich chwytów. Pokazywał człowieka, który nie godzi się na odejście ze sceny życia, choć coraz częściej musi mierzyć się z własnymi ograniczeniami.
Najsilniejszym przeżyciem okazał się dla mnie jednak „Ja, Feuerbach”. Nie wiem, czy można oglądać ten spektakl bez odniesień do biografii aktora. Feuerbach, starzejący się artysta w próbach odzyskania swojego miejsca w teatrze, wydawał się postacią boleśnie prawdziwą. W tej roli Fronczewski osiągnął coś niezwykłego – sprawiał wrażenie, jakby mówił jednocześnie słowami bohatera i własnym głosem. Był to jeden z tych wieczorów teatralnych, po których długo nie ma się ochoty rozmawiać. Trzeba najpierw uporządkować emocje.
Dziś, gdy Teatr Telewizji próbuje odbudowywać rolę, jaką pełnił w czasach mojej młodości, coraz wyraźniej widzę, jak wielkie miał znaczenie dla mojego pokolenia. A wraz z nim znaczenie miał Piotr Fronczewski. Był jednym z tych artystów, którzy nauczyli nas patrzeć na teatr nie jak na rozrywkę, lecz jak na spotkanie z literaturą, historią i drugim człowiekiem.
Kiedy oglądałem go w „Mazepie”, miał już ponad czterdzieści lat. Kiedy spotkałem go ponownie jako Feuerbacha, był już artystą z innej epoki. W międzyczasie zmieniły się teatry, dyrektorzy, mody, estetyki i publiczność. Pojawiły się nowe gwiazdy i nowe nazwiska. On pozostał sobą.
Dlatego myśląc dziś o Piotrze Fronczewskim, nie myślę przede wszystkim o Panu Kleksie, Franku Kimono czy dziesiątkach filmowych i telewizyjnych kreacji, które zapewniły mu popularność. Myślę o aktorze, którego oglądałem przez ponad pięćdziesiąt lat. O artyście, który nigdy nie traktował widza z góry i który w każdej roli pozostawał wierny najważniejszej zasadzie teatru – prawdzie.
A przede wszystkim myślę o wdzięczności. Bo niewielu widzów ma szczęście przez pół wieku obserwować rozwój artysty tej klasy. I niewielu aktorów potrafi przez pół wieku nie zawieść zaufania swojej publiczności.
„Wziął to w swoje ręce Paweł Aigner, biegły w igraszkach z klasyką”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.