Zanim rozpoczęło się przedstawienie, wzrok gubił się wśród dziesiątek zwierzęcych maskotek ułożonych na całej przestrzeni Sceny na Świebodzkim. Ten nieco chaotyczny, dziecięcy krajobraz z karuzelą z prawej strony od początku sugerował, że Marta Streker nie zamierza wystawiać Orwella w sposób oczywisty. Przestrzeń została niemal całkowicie opanowana przez pluszowe zwierzęta, które stają się nie tylko elementem scenografii, ale również tworzywem świata przedstawionego. Już ten pierwszy obraz ujawnia podstawową strategię reżyserską: Orwell ma zostać przepuszczony przez dziecięcą wyobraźnię, ale bez utraty swojej politycznej i społecznej ostrości.
To zadanie wydaje się niemal niemożliwe. Jak opowiedzieć historię o mechanizmach władzy, manipulacji i rodzącej się tyranii widzom, którzy często nie ukończyli jeszcze dziesiątego roku życia? Streker nie szuka łatwych odpowiedzi. Nie upraszcza przesłania Orwella do poziomu bajki o dobrych i złych bohaterach. Zamiast tego buduje spektakl oparty na doświadczeniu wspólnoty, emocji i obserwacji relacji między postaciami.
Najciekawsze jest to, że przedstawienie nie ukrywa swojej teatralności. Aktorzy momentami stają przy pulpitach, na których leżą teksty. W innym spektaklu taki zabieg mógłby zostać odebrany jako niedokończenie procesu prób lub demonstracja warsztatu. Tutaj działa inaczej. Pulpity z tekstem nie rozbijają teatralnej iluzji. Przeciwnie – przypominają, że oglądamy opowieść tworzoną tu i teraz, na naszych oczach. Ten gest buduje szczególną relację z publicznością, zwłaszcza najmłodszą, która bez trudu akceptuje przechodzenie między zabawą, narracją i pełnym wcieleniem w postać.
Aktorzy właśnie w tych wcieleniach wypadają najlepiej. Nie próbują imitować zwierząt w realistyczny sposób. Tworzą bohaterów wiarygodnych emocjonalnie, dzięki czemu widz szybko zapomina o umowności sytuacji. W ich grze nie ma protekcjonalnego tonu, który często pojawia się w teatrze familijnym. Traktują młodą publiczność poważnie, a ta odpowiada pełnym zaangażowaniem.
Najbardziej uderzające podczas premiery było dla mnie skupienie dzieci na widowni. Spektakl trwa w nieustannym ruchu. Na scenie wiele się dzieje, zmieniają się sytuacje, obrazy i środki wyrazu. Reżyserka wykorzystuje bogaty arsenał teatralnych narzędzi, dzięki czemu uwaga widza nie słabnie. Nie jest to jednak ruch dla samego efektu. Każde rozwiązanie sceniczne pracuje na rzecz opowieści, a dramaturgia rozwija się płynnie i konsekwentnie.
Przedstawienie ogląda się aktywnie. Widz nie pozostaje biernym odbiorcą znanej historii. Musi nieustannie śledzić relacje między bohaterami, odczytywać symbole i reagować na zmieniające się układy sił. To szczególnie cenne w teatrze dla młodej publiczności, który zbyt często poprzestaje na prostym ilustrowaniu fabuły.
Marta Streker proponuje coś znacznie ambitniejszego. Nie próbuje oswoić Orwella ani go złagodzić. Interesuje ją raczej pytanie, czy dziecko potrafi rozpoznać mechanizmy manipulacji i nadużywania władzy, jeszcze zanim nauczy się je nazywać. W rezultacie powstał spektakl, który działa na dwóch poziomach. Dzieci otrzymują angażującą historię o zwierzęcej wspólnocie, dorośli zaś dostrzegają niepokojące echo świata, który dobrze znają.
„Gospodarstwo zwierząt. Opowieść” nie jest więc jedynie adaptacją Orwella dla najmłodszych. To próba sprawdzenia, jak daleko może sięgać teatr familijny, gdy traktuje swoich widzów poważnie. Po premierze wyszedłem z przekonaniem, że największym sukcesem Marty Streker nie jest samo przełożenie Orwella na język teatru familijnego. Jest nim zaufanie do młodego widza. Spektakl pokazuje, że dzieci nie trzeba chronić przed trudnymi tematami. Trzeba jedynie znaleźć język, który pozwoli im o nich myśleć.
Teatr Polski Wrocław