Nie wyszedłem z teatru od momentu debiutu

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Nie wyszedłem z teatru od momentu debiutu

Z reżyserem Marcinem Liberem rozmawia Malwina Kiepiel.

Opublikowano: 2026-06-08
fot. Kornelia Głowacka

Marcin Liber należy do pokolenia twórców, które dorastało wraz z transformacją ustrojową, teatrem alternatywnym i kontrkulturowym buntem. W rozmowie z „Teatrem dla Wszystkich” opowiada o pracoholizmie wpisanym w zawód reżysera, przemocy lat 90., pokoleniu artystów funkcjonujących poza systemem oraz o tym, dlaczego bardziej niż awangarda interesuje go dziś komunikacja z widzem.

M. K.: Pozwolę sobie sparafrazować tezę z Twojego ostatniego przedstawienia tego sezonu, „Arkadius is dead” w Teatrze Jaracza w Łodzi. Czy reżyser jest tak dobry, jak jego ostatnie przedstawienie?

M. L.: To ważne pytanie. Robiąc przedstawienie o Arkadiuszu, nie myślałem tak naprawdę o modzie. Myślałem przede wszystkim o nas, o naszym doświadczeniu ludzi, którzy pracują twórczo. To nie jest tak, że przyglądam się historii Arkadiusza z zewnątrz, w sposób obiektywny. Interesowało mnie raczej doświadczenie, które nas łączy.

To przekonanie, że jesteś wart tyle, ile twoje ostatnie przedstawienie, jest pewnym przekleństwem. Mam wrażenie, że taki neon wisi nad każdym teatrem, do którego wchodzę. To właśnie uruchamia u mnie cały ten chomiczy kołowrót.

Masz na myśli przede wszystkim konieczność nieustannego udowadniania własnej wartości? Pytam o to dlatego, że jesteś rozpoznawalnym reżyserem. Gdyby zapytać publiczność interesującą się teatrem, jaki jest teatr Marcina Libera, wielu widzów wskazałoby charakterystyczne elementy: kontrkulturowość, mocną muzykę, operowanie językiem popkultury… no i współpracę z Michałem Kmiecikiem czy Mirkiem Kaczmarkiem.

Cieszę się, że to mówisz, bo sam również uważam, że człowiek jest wart trochę więcej niż jego ostatnie przedstawienie. Ale jednocześnie jest w tym zawodzie coś, co chyba wynika z pracoholizmu. To właśnie napędza nas do działania. Powoduje, że nie śpimy, tylko zastanawiamy się, jaki będzie kolejny projekt.

Oczywiście pięknie brzmi deklaracja, że nie ostatnie przedstawienie mówi o nas najwięcej. Tylko że to przekonanie wisi gdzieś w powietrzu. Bardzo szybko zapomina się o wielu reżyserach i reżyserkach. Teatr jest przecież sztuką ulotną. Przedstawienia grane są przez sezon, czasem dwa sezony, czasem dłużej, jeśli się uda.

Oczywiście można mówić o pewnej ulotności tej pracy, ale wydaje mi się, że jedną z najważniejszych cech teatru jest jednak pamięć. To właśnie pamięć teatru pozwala wielu przedstawieniom istnieć znacznie dłużej.

Mówisz tak dlatego, że zajmujesz się teatrem zawodowo. I oczywiście masz rację. To nie jest aż tak ulotne, jak czasem się wydaje. Dzięki temu, że krytycy, recenzenci i badacze opisują teatr, przedstawienia zyskują dodatkowe życie.

Ale dla zwykłego widza jest to jednak doświadczenie bardziej efemeryczne.

A krytyka teatralna Cię boli?

Jasne, że tak. Odbieram ją bardzo osobiście. Jednocześnie mam poczucie, że wiem, czym jest przedstawienie, które zrobiłem. Mogę się spierać z recenzentem, który ma inny pogląd albo interpretuje spektakl w sposób, którego sam bym nie wybrał.

Bardzo często recenzje są dla mnie zapisem oczekiwań. Czasem wręcz świadectwem konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością sceniczną. Nie zajmuję się jednak tym przesadnie, bo wiem, co chciałem powiedzieć i co chciałem uczynić czytelnym.

Proces tworzenia przedstawienia jest znacznie dłuższy niż proces jego oglądania i opisywania. Nie chcę oczywiście przeciwstawiać sobie tych dwóch perspektyw, ale skoro pytasz o moje doświadczenie, to właśnie tak to odczuwam.

Wierzę też w mądrość i siłę, które wynikają ze wspólnej pracy zespołu. To nigdy nie jest wyłącznie moje dzieło.

Czym jest dziś dla Ciebie reżyseria teatralna? Konrad Swinarski mówił, że jest przede wszystkim umiejętnością przeczytania tekstu i jego interpretacji.

Muszę się z nim zgodzić. Reżyseria zaczyna się od przeczytania tekstu i dobrania odpowiednich narzędzi.

Jakie to narzędzia?

To m.in. dobór współpracowników. Wybór dramaturga, muzyka, scenografa, realizatorów. To także decyzje dotyczące adaptacji i samego tematu.

Pracuję z różnymi osobami piszącymi dla teatru, ale nie każdy temat mnie interesuje. Czasem od razu wiem, że dana propozycja nie prowadzi mnie w stronę teatru, który chciałbym robić.

Dobór współpracowników jest więc jednym z podstawowych narzędzi pracy. Sam również przygotowuję adaptacje, ponieważ wiem, jaki teatr chcę uprawiać i jakich środków potrzebuję, by dobrze przeczytać tekst. Bo najczęściej właśnie od tekstu zaczynamy.

Skoro jesteśmy przy współpracownikach – od lat powracają w Twojej pracy takie nazwiska jak Mirek Kaczmarek czy Michał Kmiecik. Kiedy słyszę Marcin Liber, niemal automatycznie zakładam, że za chwilę pojawi się scenografia Mirka Kaczmarka albo dramaturgia Michała Kmiecika. Skąd wzięła się ta współpraca?

Dziś tych osób jest już więcej. Jest choćby Małgosia Czerwień, Małgorzata Sikorska-Miszczuk czy Jarek Murawski. Ale rzeczywiście Mirek Kaczmarek pozostaje dla mnie kimś wyjątkowo ważnym.

Staram się pracować z nimi przy każdym projekcie. Dają mi poczucie bezpieczeństwa. Bardzo ich cenię. Przez lata wypracowaliśmy wspólną metodę pracy i podobne myślenie o teatrze. Dzisiaj właściwie intuicyjnie wiemy, jak się z sobą porozumiewać i jak wspólnie budować przedstawienie.

Czyli to już sprawdzony zespół, wielokrotnie przetestowany w teatralnych bojach. Czy w Twojej twórczości jest jeszcze przestrzeń na eksperyment i współpracę z zupełnie nowymi ludźmi?

Jasne. Jakiś czas temu przy „Dropiach” scenografię robił Maciej Salomon, Mirek odpowiadał tylko za kostiumy i światła. Eksperymentujemy więc z tymi składami. Są też przedstawienia, zwłaszcza wcześniejsze, w których Mirka nie ma.

To nie oznacza jednak, że nasza współpraca przebiega gładko i bez napięć. Wręcz przeciwnie. My się wzajemnie wspieramy, ale Mirek potrafi mnie też wielokrotnie zaskoczyć. Mam czasem wręcz perwersyjną przyjemność z obserwowania, jak „psuje” mi przedstawienie.

To oczywiście żart. Chodzi o to, że najpierw mamy projekty, rozmawiamy, ustalamy podstawowe założenia, a później ja przechodzę do pracy z aktorami. W pewnym momencie wystarcza mi już to, co powstało na próbach. Czuję, że przedstawienie działa dzięki samemu spotkaniu ludzi na scenie, bez scenografii i kostiumów.

A potem nagle spada, jak spodek UFO na to wszystko, cały świat wizualny.

Nawiążę jeszcze do spektaklu „Arkadius is dead”, bo tutaj Mirek miał wyjątkowo duże pole do popisu. W końcu bohaterem spektaklu jest projektant mody.

Tak. Od początku zastanawialiśmy się, jak zrobić przedstawienie o Arkadiusie, ale jednocześnie nie stworzyć rekonstrukcji jego twórczości.

Od razu założyliśmy, że nie będziemy robić tego, co rok wcześniej zrobiło Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, czyli odtwarzać kolekcji, kostiumów i opowiadać historii jego życia krok po kroku. Interesowała nas interpretacja, a nie rekonstrukcja.

Mam nadzieję, że w tym przedstawieniu obecny jest temat nadprodukcji. Nie tylko produkcji spektakli czy kolekcji mody, ale nadprodukcji w ogóle. Nadmiaru rzeczy, który wynika z kapitalistycznego systemu.

Dlatego kostiumy powstały z ubrań z recyklingu. Przyjechał do nas kontener rzeczy używanych z hurtowni i second handów. Z tych ubrań Maria Magierska, współautorka strony wizualnej spektaklu, stworzyła kolekcję dla aktorów.

Pomyśleliśmy, że skoro Arkadiusz znajduje się w momencie wycofania, nie chce już produkować i projektować, to my również powinniśmy wykonać podobny gest. Nie tworzyć kolejnych rzeczy, tylko sięgnąć po to, co już istnieje. Wyciągnęliśmy ubrania z magazynów teatru, kupiliśmy rzeczy za kilka złotych i z tego powstała cała kolekcja.

A co było dla ciebie najważniejsze w tej historii? Świat mody? Historia spektakularnego sukcesu i równie spektakularnego upadku? A może jeszcze coś innego? Kiedy czytałam wywiady z Arkadiusem, najmocniej uderzyło mnie poczucie opuszczenia i wypalenia. W programie do przedstawienia pojawia się cytat Byung-Chul Hana i jego „Społeczeństwo zmęczenia”. To książka o świecie nadmiaru, o ludziach, którzy nieustannie coś produkują, a jednocześnie coraz trudniej odnajdują punkty oparcia.

To już jest twoja interpretacja, i bardzo dobrze. Po to robimy przedstawienia, żeby je interpretować.

Dla mnie punktem wyjścia był jednak konkretny obraz. Arkadiusz siedzący przy kontenerze, do którego zapakował, kilka lat wcześniej, cały dorobek artystyczny i wysłał do Szkocji. Otwiera go po latach i sprawdza, co zostało.

Ale nie chodzi tylko o rzeczy. To jest przecież także weryfikacja całego życia. Co było ważne? Co zostało w pamięci? Co miało sens?

Obraz artysty siedzącego nad rozłupanym kontenerem i przyglądającego się temu, co po nim pozostało, stał się dla mnie kluczem do całej opowieści. Właśnie dlatego ten kontener znalazł się w naszej scenografii. To jest taki moment zatrzymania. Taki punkt kontrolny. Chwila, w której zadajemy sobie pytanie: czy było warto?

Nie tylko Arkadiuszowi. Także sobie samym. Czy było warto robić to wszystko? Czy było warto poświęcić temu życie? To jest dla mnie przede wszystkim pytanie o sens.

Przez cały spektakl powraca jednak bardzo ciekawe zdanie: „Upadam, ale się podnoszę. Chybiam, ale jeszcze raz spróbuję”.

Bo ono jest wspierające.

W przedstawieniu pojawia się przecież postać wuefisty, który jest naszym przekleństwem. Uosabia taki model wychowania, który odbiera perspektywę i ciągle ściąga człowieka w dół.

A tymczasem finał mówi coś odwrotnego. Jest dla mnie opowieścią o uwolnieniu. O tym, żeby próbować. Żeby brać odpowiedzialność za własne decyzje i własne wybory. Ponosić konsekwencje, bo one mogą być różne, ale zawsze czegoś nas uczą i motywują do działania i podejmowania ryzyka.

To nie jest może bardzo skomplikowana myśl, ale wydaje mi się niezwykle uwalniająca.

W „Arkadius is dead” ważna jest jednak również estetyka. Muzyka od lat pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych elementów Twojego teatru. Tym razem miałam też wrażenie, że pojawia się coś, co nazwałabym narracją teledyskową. Podobne skojarzenie miałam zresztą podczas oglądania Twojego „Prałata” w Teatrze Telewizji.

Jestem pokoleniem wychowanym przez MTV. Taka jest moja percepcja świata.

To oznacza szybki montaż, zwarte opowieści i skrót. Myślę, że właśnie to przekłada się na język mojego teatru. Jeśli mówisz o rozpoznawalności mojego stylu, to pewnie właśnie o to chodzi.

Taki mam język. Taki mam styl.

Rzucam pewne elementy i mówię widzowi: łap się. Wierzę, że można opowiadać szybciej i bardziej skrótowo. Ale ten skrót wynika również z fascynacji poezją.

Uwielbiam Tadeusza Różewicza. Kilka słów potrafi tam nieść ogromną liczbę znaczeń. Taka redukcja słowa zawsze była dla mnie ważna. Obraz i słowo powinny tworzyć esencję.

Paradoksalnie w „Arkadiusie” zrobiłem coś trochę wbrew sobie, a bardziej zgodnie z Michałem Kmiecikiem. Zostawiłem bardzo długie monologi i duże partie tekstu.

Pomyślałem jednak, że to jest klucz do tej opowieści. Bohater istnieje tak długo, jak długo jest słyszany. Dopóki mówi, dopóty istnieje.

Jeżeli przestaje mówić, znika. Dlatego postacie w tym spektaklu tak dużo mówią. W pewnym sensie nieustannie potwierdzają własne istnienie. Jestem, bo mówię.

Zapytam cię o coś, co jest teraz mocno dyskutowane w polskim teatrze: przemoc. Czy świat mody jest światem przemocowym? Ten temat też przebija się w „Arkadius is dead”.

Tak. Lata dziewięćdziesiąte w ogóle były zgodą na przemoc. A właściwie nie tyle zgodą na przemoc, ile czasem, w którym nie wiedzieliśmy jeszcze, że istnieją inne rozwiązania.

Masz na myśli brutalny kapitalizm czasów transformacji? Arkadiusz bardzo mocno tego doświadczył. Walczył, odniósł sukces, ale później przyszedł upadek.

Cała transformacja była takim doświadczeniem. Dzisiaj określamy je jako przemocowe, bo widzimy, że można inaczej. Wtedy wydawało się to oczywiste. System mistrzowski, hierarchiczność, przemocowe relacje – to nie dotyczyło tylko świata mody. To dotyczyło również teatru.

A Ty doświadczyłeś przemocy w teatrze?

Moja droga do teatru była trochę inna, bo nie prowadziła przez szkołę teatralną. Nie miałem nad sobą akademickiego mistrza. Oczywiście istniał gdzieś taki wyobrażony mistrz: facet z brodą, w okularach, palący papieros za papierosem. Tylko że ja go nigdy naprawdę nie spotkałem.

Czasy były mistrzowskie i hierarchiczne, ale ja nie przeszedłem przez taki model edukacji. Na początku byłem raczej w teatrach, które przynajmniej deklarowały demokratyczność. Czy one rzeczywiście takie były, to osobna sprawa. Czas często to weryfikował.

Na szczęście te rozdziały są już zamknięte i przepracowane. Ale postulat był zawsze taki: tworzymy wspólnie. To ma być kreacja zbiorowa.

Spotykamy się właściwie pod koniec sezonu teatralnego. Jaki to był dla Ciebie rok? Wspomniałeś wcześniej o pracoholizmie i od razu pomyślałam: Marcin Liber chyba w tym roku w ogóle nie wychodził z teatru.

Ja nie wychodzę z teatru od momentu mojego debiutu (przyp. redakcji - spektakl ID w Teatrze Współczesnym w Szczecinie w 2008 r.). Odkąd wszedłem do teatru repertuarowego, tak naprawdę już z niego nie wyszedłem. Oczywiście zdarzają się wakacyjne epizody, ale zasadniczo przez cały czas jestem w teatrze. Tylko że to jest moja praca. Nie robię z tego powodu wielkiej sprawy. Po prostu chodzę do pracy.

Mam ciągłość pracy, mam tyle przerwy, ile potrzebuję. Wydaje mi się, że to jest zbalansowane. Uwielbiam swoją pracę.

Właśnie na to czekałam.

Powiem coś, co jest dla mnie oczywiste. Całe życie spędzamy w pracy. Gdybym uczynił tę pracę swoim kieratem i chodził do teatru z lękiem, po prostu zmarnowałbym sobie życie.

Dlatego robię wszystko, żeby przestrzeń, w której pracuję, była przyjazna i przyjemna. Żeby ludzie, z którymi się spotykam, mieli frajdę z tego, że pracujemy razem.

Mam wrażenie, że to mi się udaje. Mam satysfakcję, kiedy ludzie po pracy ze mną czują się zaopiekowani i potraktowani poważnie. Profesjonalnie. Tak, żeby ta praca była również przygodą.

No dobrze, ale oprócz tej pracowitości – czy to był dla Ciebie dobry rok?

Bardzo dobry. Bardzo lubię ten rok. To był rok ciekawych doświadczeń i wyzwań. Jednym z nich był Teatr Telewizji.

Największa scena świata. Wszedłeś z tematem bardzo kontrowersyjnym dla nas Polaków. Moim zdaniem „Prałat” był bardzo dobrze zrobiony na poziomie montażu i pracy całego zespołu. Spektakl odbił się też szerokim echem wśród widzów. Czytałam komentarze i one były naprawdę gorące.

To był ogromny wysiłek. Także na poziomie tekstu Michała, researchu i całego doświadczenia, które nie było łatwe. To nie była fikcja. To były realne krzywdy. Sam research był trudnym procesem.

Trudne było również wyjście poza własną strefę komfortu. Musiałem inaczej zorganizować pracę, bo to był inny proces niż teatr. Pomogło mi to, że powiedziałem sobie: nie udawaj filmowca. Zajmujesz się teatrem i to ci jakoś wychodzi, więc zorganizuj ten proces tak, żeby przypominał pracę nad przedstawieniem w teatrze.

Praca na planie też miała charakter performatywny. Byliśmy przygotowani, ale pozwalałem sobie na to, żeby pewne rzeczy wydarzyły się tu i teraz.

Były sceny aranżowane spontanicznie, zwłaszcza te z młodymi ludźmi, z chórem, z ministrantami. To był żywioł. Mieliśmy ustawione sceny, ale chciałem, żeby kamera złapała ich energię. Oni mieli niespożytą energię, której nie da się do końca wymyślić ani zaprojektować.

To ciekawe rozwiązanie teatralne, bo ten chór nawiązywał właściwie do bardzo klasycznej konstrukcji tragedii antycznej.

Tak, ale to wynikało też z adaptacji. Zrobiłem ją tak, żeby zgadzała się jedność miejsca, czasu i akcji. Chodziło o to, żebyśmy mogli opowiedzieć tę historię w ramach pięciu czy sześciu dni zdjęciowych i nie musieli biegać po dziesiątkach lokalizacji.

Dlatego pomyślałem: sprowadźmy wszystko do jednego miejsca. Niech miejscem akcji będzie piekło.

W tym roku wróciłeś nie tylko do Teatru Telewizji, z którym miałeś już doświadczenia przy telewizyjnych realizacjach swoich spektakli.

Tak. Był przecież spektakl „Ale z naszymi umarłymi”.

I jeszcze „III Furie”. Pamiętam też „Utwór o matce i ojczyźnie” czy „ID”.

Tak, tych telewizyjnych realizacji i przeniesień miałem już za sobą kilka. Dlatego nie była to dla mnie całkowicie nowa sytuacja.

Ale w tym roku wróciłeś także do swoich doświadczeń związanych z teatrem ruchu. Mam na myśli „Złe baśnie” we Wrocławskim Teatrze Pantomimy. To bardzo ciekawy fragment Twojej tegorocznej pracy.

Bardzo się z tego cieszę. To było naprawdę fantastyczne doświadczenie. Od początku wiedziałem, że sam zrobię adaptację „Złych baśni”.

Co Cię zainteresowało w historiach braci Grimm?

One są dla mnie fundamentalne. Są częścią naszej kultury i naszego wychowania.

Jeśli mówimy o przemocy i o tym, że jesteśmy wychowani w określonym systemie, to właśnie tam znajdują się źródła wielu takich mechanizmów. Zbiór baśni jest zapisem naszych lęków, wyobrażeń i sposobów myślenia.

Poza tym często wracam do wspomnienia mojej babci, która opowiadała mi historie. To doświadczenie jest dla mnie bardzo ważne.

Baśnie są ważne również dlatego, że przypominają mi, czym powinien być teatr. Dla mnie teatr jest miejscem, które nie musi być realistyczne. A nawet nie powinno być realistyczne. Nie robimy przecież dokumentu. Tworzymy fantazję na temat rzeczywistości. A baśnie są idealną przestrzenią do fantazjowania, do zmyślania, do uruchamiania wyobraźni i pozwalania jej na pełną swobodę.

O czym Twoim zdaniem powinien dziś mówić teatr?

Powinien być o Prałacie. Powinien być o naszym wychowaniu, czyli o tym jakie baśnie nam czytano w dzieciństwie. I czy w naszym życiu spotkaliśmy nauczycieli nas wspierających czy odwrotnie.

Wydaje mi się, że moje wybory repertuarowe wynikają przede wszystkim z tematów, które komunikują się ze współczesnym widzem. Oczywiście każdy inaczej wyobraża sobie tego widza.

Dla mnie są to często moi rówieśnicy.

Dlatego ważnym przedstawieniem był dla mnie np. „Dramat rodzaju męskiego”. To temat, który okazał się niezwykle istotny. Dostaliśmy bardzo wiele sygnałów od widzów. Wielu ludzi odnajdywało w tym przedstawieniu własne doświadczenia. I nie dotyczyło to wyłącznie mężczyzn.

Mam poczucie, że udało nam się tam uchwycić coś ważnego. W jakiś sposób naprawdę skomunikować się z publicznością.

Skoro już rozmawiamy o twojej pracy, wrócę do pytania, od którego trochę uciekasz. Co uważasz za swoje najważniejsze dokonanie w polskim teatrze? Nie chodzi mi o jedno konkretne przedstawienie.

Mam raczej poczucie, że najważniejszy jest styl pracy – oparty na szczerości bez manipulacji z jasnym podziałem zadań, z szacunkiem i ciekawością wobec siebie. To brzmi jak banał i jest proste, ale błagam nie komplikujmy sobie życia.

Chciałbym, żeby ludzie, którzy spotykają mnie na swojej drodze, mieli poczucie, że teatr może być miejscem przyjaznym. Szczególnie myślę o tym, kiedy pracuję ze studentami. Zależy mi na tym, żeby pokazać im, że praca w teatrze może być przyjemnością. Że nie musi oznaczać cierpienia, przemocy czy nieustannej walki. Może być rozwijaniem pasji. Może być czymś, co daje satysfakcję.

I jeśli miałbym wskazać coś, co uważam za swoje osiągnięcie, to właśnie taki sposób pracy.

Widzisz dziś możliwość jakiegoś przełomu w polskim teatrze?

Wszyscy czekają na przełomy. To przecież najbardziej klikalne rzeczy. Wszyscy oczekujemy, że pojawi się coś, co nas zaskoczy. Myślę tak również jako widz.

Pytam o to dlatego, że jeżdżąc po Polsce i oglądając teatr, odnoszę czasem wrażenie, że pewne estetyki zaczynają się powtarzać. Kiedy jadę na spektakl konkretnego reżysera, mniej więcej wiem już, jakiego rodzaju języka teatralnego mogę się spodziewać.

Ale to chyba naturalne. Są twórcy, którzy wypracowali własne języki i własne estetyki. Trudno oczekiwać, żeby za każdym razem dokonywali całkowitego zwrotu i wymyślali wszystko od nowa.

Mam jednak poczucie, że nowe rzeczy przyniosą ci, którzy przychodzą po nas. To młodzi twórcy wniosą coś, czego jeszcze nie znamy i co nas zaskoczy. Tam upatruję możliwości jakiegoś przełomu.

Przyglądasz się młodym twórcom?

Przyglądam się.

Masz na to czas? Przy takim tempie pracy?

Mam. Chociażby dlatego, że pracuję w szkołach i spotykam się nie tylko z aktorami, ale z całym środowiskiem młodych ludzi.

Mam asystentów, których później obserwuję. Przyglądam się temu, czym się zajmują, jak pracują, jakie wybory podejmują. W jakiś sposób staram się trzymać rękę na pulsie.

Ja naprawdę spędzam wolny czas w teatrze.

Zadam Ci teraz pytanie dotyczące charakteru tej pracy. Przez Polskę przetacza się obecnie dyskusja o zabezpieczeniu społecznym artystów. Bardzo słabo przebija się do świadomości społecznej fakt, że istnieje grupa twórców żyjących właściwie bez stabilnego zabezpieczenia materialnego. Dyskusję często sprowadza się do skrajnych przykładów – z jednej strony przywołuje się Marylę Rodowicz, z drugiej Jana Kapelę. Tymczasem problem jest dużo głębszy. Czy Ty nigdy nie myślałeś o tym, żeby ustabilizować swoje życie zawodowe? Na przykład przejść na etat?

Ale gdzie miałbym pójść na etat? Nie ma takich w teatrach, może w jednym.

Nie myślałeś o tym, żeby wystartować w konkursie na dyrektora teatru?

Nie.

Pytam o to także dlatego, że całe pokolenie dzisiejszych reżyserów zaczęło obejmować stanowiska dyrektorskie. Mam na myśli choćby Krzysztofa Warlikowskiego, Jana Klatę czy Maję Kleczewską.

Myślę, że doszli do takiego momentu w swoim rozwoju artystycznym, że chcą zarządzać nie tylko własnymi przedstawieniami, ale również całym programem instytucji. I właśnie w tym upatruję sens bycia dyrektorem.

Ja natomiast mam poczucie, że nie byłbym dobrym dyrektorem. Na razie. Brakuje mi twardej ręki i cech Alfa.

Poza tym ta ustawa nie jest przecież o przywilejach. Ona nie ma nikogo uprzywilejowywać. Chodzi o to, żeby włączyć ludzi kultury do systemu społecznego.

Tak, bo niestety druga strona bardzo często posługuje się argumentami stricte demagogicznymi. Tymczasem jest to naprawdę ważny temat.

Tak, to jest istotne. Ja sam zastanawiam się czasem, co moje pokolenie będzie robiło na emeryturze. Bo ten moment przecież nadejdzie. Dojdziemy do wieku emerytalnego i wtedy okaże się, ilu z nas rzeczywiście ma jakiekolwiek zabezpieczenie.

Marcina Libera na emeryturze jakoś trudno mi sobie wyobrazić.

Mnie również.

I co będziesz robił na emeryturze?

Nie planuję tego. Oczywiście trzeba się z tym liczyć, ale to jest też trochę związane z tym, o czym rozmawialiśmy przy okazji „Arkadius is dead”.

Jesteśmy pokoleniem, które uczyło się funkcjonowania w nowym systemie. Od czasu transformacji wiele rzeczy było dla nas nieoczywistych. Uczyliśmy się ich w biegu. Dlatego czasem mam poczucie, że jesteśmy trochę niedojrzali. Nie w sensie emocjonalnym, tylko systemowym.

Arkadiusz opowiadał przecież o tym, że nie płacił różnych składek czy podatków nie dlatego, że chciał oszukiwać system, ale dlatego, że zwyczajnie nie umiał się w nim odnaleźć. Ten system dopiero się tworzył.

Mam wrażenie, że my również ciągle się go uczymy. Uczymy się funkcjonowania w systemie emerytalnym, który przez lata się zmieniał. Wielu rzeczy po prostu nie byliśmy świadomi. Dziś jest już trochę późno, żeby całkowicie odmienić ten sposób myślenia. W pewnym sensie nadal jesteśmy pokoleniem pozostającym poza systemem.

Szczerze mówiąc, ja sama nie wyobrażam sobie dzisiaj emerytury.

Tak sobie możemy pięknie planować. Możemy mówić, że będziemy pracować do końca życia. Ale potem przychodzi moment, kiedy organizm sam mówi: stop.

Ja się tego trochę obawiam. Mam poczucie, że dopóki będę miał siły i możliwości, będę pracował. Ale może przyjść taki moment, kiedy organizm po prostu odmówi współpracy. Tego nie da się przewidzieć, ale trzeba się z tym liczyć.

A gdybyś miał spróbować opisać jednym zdaniem teatr Marcina Libera? Próbuję jakoś domknąć tę rozmowę klamrą. Myślę o muzyce, o kontrowersyjnych tematach, o charakterystycznej estetyce. Co jeszcze?

Zawsze jest o śmierci. Naprawdę. Wydaje mi się, że chyba jeszcze nie udało mi się zrobić przedstawienia, które nie byłoby o śmierci.

Może udało mi się zrobić przedstawienie nie o Polsce, choć i to z trudem. Ale chyba nie zrobiłem jeszcze przedstawienia, które nie byłoby o śmierci. Bo śmierć daje możliwość fantazjowania. Przekroczenie tej granicy, przekroczenie tego progu nierealności otwiera przestrzeń dla wyobraźni.

Kiedyś ludzie wymyślili filozofię m.in. po to, żeby oswoić śmierć. Być może teatr pełni podobną funkcję.

Tak, to jest takie ćwiczenie. Ale w teatrze ciekawsze są dla mnie rzeczy po śmierci niż przed śmiercią. Ja unikam żyćka w teatrze. Unikam realizmu w teatrze.

Skoro unikam realizmu, to uciekam właśnie tam, za tę granicę. W przestrzeń, która znajduje się po drugiej stronie. Tam zaczyna się fantazja.

Jakie masz plany na sezon 2026/2027?

3 października mamy premierę „Tytusa Andronikusa” Szekspira w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu.

Uprzedziłeś moje pytanie, bo właśnie chciałam zapytać, czy wrócisz kiedyś do klasyki. Wracasz, i to bardzo mnie cieszy. Ten dramat nie jest przecież często wystawiany.

To prawda. Dla nas powstaje teraz nowe tłumaczenie Macieja Stroińskiego.

Maciej Stroiński to bardzo dobry tłumacz. Cieszę się, że właśnie on pracuje nad tym przekładem.

Ja też się cieszę. Mam poczucie, że to będzie bardzo dobra współpraca.

Czyli przyszły sezon zapowiada się bardzo ambitnie.

Tak. Na pewno na początek będzie „Tytus Andronikus”. A później wrócę do współczesności. Prawdopodobnie wrócę także do Teatru Telewizji.

Teatr Telewizji to jednak zupełnie inne wyzwanie niż teatr repertuarowy.

Oczywiście. Ale wszystko zaczyna się od tematu. To temat jest najważniejszy. Od niego zależy później cała reszta.

 

Kategorie:


Cytat Dnia




„Ewa Platt zrobiła niezwykle interesujący spektakl, co dla mnie frapujące, bo po napisaniu tego tekstu jakby bardziej mi się on podoba”

Tomasz Domagała o spektaklu „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, reż. Ewa Platt; Domagalasiekultury.pl, 22.06.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL