Do Bullerbyn wraca się zwykle z dwóch powodów. Albo po to, by jeszcze raz zanurzyć się w świecie dzieciństwa, albo po to, by sprawdzić, czy ten świat w ogóle jeszcze istnieje. Przedstawienie Tomasza Maśląkowskiego z Opolskiego Teatru Lalki i Aktora zdaje się zadawać właśnie to drugie pytanie. Nie interesuje go bowiem wyłącznie odtworzenie przygód Lisy, Lassego, Bossego, Britty, Anny i Ollego. Znacznie ważniejsze okazuje się tu samo wspominanie.
To pierwsza rzecz, która odróżnia opolską realizację od warszawskiego przedstawienia Agnieszki Glińskiej w Teatrze Lalka. Tam oglądaliśmy przede wszystkim teatr dziecięcej wyobraźni. Aktorzy przywoływali kolejne historie z lekkością i wdziękiem, budując świat, w którym granica między zabawą a rzeczywistością właściwie nie istniała. W Opolu punkt ciężkości przesunięty został gdzie indziej. Bohaterowie najpierw wracają do opuszczonego domu swojego dzieciństwa. Dopiero potem odnajdują lalkowe odpowiedniki samych siebie i rozpoczynają podróż w przeszłość. Ten prosty zabieg zmienia bardzo wiele. Nagle okazuje się, że nie oglądamy tylko historii dzieci z Bullerbyn, lecz także refleksję o pamięci i o tym, co zostaje w człowieku po latach.
Nie ma tu sentymentalizmu rozumianego jako łatwe wzruszenie. Jest raczej próba uchwycenia momentu, w którym dorosły człowiek przypomina sobie, kim był, zanim nauczył się wszystkich reguł dorosłego świata. Dlatego przedstawienie Maśląkowskiego nie wydaje się historią o utraconym raju dzieciństwa. Bardziej przypomina poszukiwanie źródła doświadczeń, do którego wciąż można się odwoływać.
W tym sensie Bullerbyn okazuje się miejscem zaskakująco współczesnym. Nie dlatego, że twórcy próbują na siłę uwspółcześniać Astrid Lindgren. Wręcz przeciwnie. Pozostają wierni jej światu. Paradoks polega na tym, że właśnie ta wierność ujawnia, jak bardzo zmieniła się rzeczywistość wokół nas. Dzieci z Bullerbyn potrafią godzinami bawić się jednym znalezionym przedmiotem, wymyślać własne języki, prowadzić tajną korespondencję czy zamieniać pastwisko w Dziki Zachód. W spektaklu nie jest to jednak oskarżenie współczesności ani dydaktyczna lekcja o zgubnym wpływie technologii. To raczej przypomnienie, że wyobraźnia nie potrzebuje skomplikowanych narzędzi.
Największą siłą przedstawienia pozostaje zespołowość. Aktorzy nie próbują naśladować dziecięcych zachowań ani popisywać się infantylną stylizacją. Wydobywają z siebie energię dzieciństwa, jego spontaniczność i gotowość do traktowania każdej sytuacji jak początku nowej przygody. Dzięki temu spektakl zachowuje lekkość, która nie jest wynikiem uproszczenia, lecz precyzyjnie kontrolowanej teatralnej umowności.
Bardzo dobrze funkcjonuje także świat form plastycznych. Lalki, miniaturowe domki i przedmioty nie służą wyłącznie ilustrowaniu wydarzeń. Stają się materialnymi śladami pamięci. Jakby bohaterowie wydobywali z zakamarków własnej przeszłości kolejne obrazy, które na chwilę odzyskują życie. W ten sposób teatr lalek okazuje się idealnym medium dla refleksji o pamięci. Lalka zawsze jest przecież kimś obecnym i nieobecnym jednocześnie — podobnie jak wspomnienie.
Najciekawsze jest jednak to, że spektakl nie zatrzymuje się na nostalgii. Wiele współczesnych przedstawień odwołujących się do dzieciństwa próbuje przekonać widza, że dawniej było lepiej. Maśląkowski zdaje się mówić coś innego. Nie chodzi o to, by wrócić do Bullerbyn. Chodzi o to, by nie zapomnieć, czego nauczyło nas przebywanie w tym świecie. Wspólnoty, ciekawości drugiego człowieka, umiejętności przeżywania codzienności bez potrzeby nieustannego podnoszenia temperatury emocji.
Dlatego oglądane dziś „Dzieci z Bullerbyn” nie wydają się jedynie sceniczną adaptacją ukochanej książki kilku pokoleń czy nostalgiczną pocztówką ze świata, którego już nie ma. To raczej spektakl o pamięci jako przestrzeni spotkania. Spotkania dorosłych z dziećmi, którymi kiedyś byli. A może również spotkania współczesnego widza z tym, co w nim samym pozostało jeszcze z Bullerbyn.
Opolski Teatr Lalki i Aktora