Warszawa jest teatralną stolicą Polski. To brzmi dumnie — i słusznie. Dziesiątki scen, setki premier rocznie, festiwale, wydarzenia, czytania performatywne, debaty. Miasto żyje teatrem. Paradoksalnie jednak właśnie w tym bogactwie coraz częściej kryje się problem, o którym środowisko mówi od lat, ale który nadal pozostaje nierozwiązany.
Oto nadchodzi sobota. I nagle okazuje się, że tego samego wieczoru odbywają się trzy, cztery, a czasem nawet pięć ważnych premier. W różnych teatrach, często oddalonych od siebie o kilka kilometrów, ale przede wszystkim konkurujących o tę samą publiczność, tych samych dziennikarzy i tych samych krytyków.
W teorii można powiedzieć: „To dobrze. W mieście dużo się dzieje”. Problem w tym, że teatr — w przeciwieństwie do platform streamingowych — nie działa równocześnie. Nie da się być w kilku miejscach naraz. Krytyk nie obejrzy trzech premier jednego wieczoru. Widz również musi dokonać wyboru. A przecież premiera to dla teatru moment szczególny. Święto zespołu, efekt wielu tygodni pracy, wydarzenie artystyczne i towarzyskie zarazem. Trudno nie odczuwać rozczarowania, gdy część zaproszonych gości odmawia obecności nie dlatego, że nie chce przyjść, ale dlatego, że w tym samym czasie musi pojawić się gdzie indziej.
Najbardziej cierpią na tym oczywiście mniejsze sceny i teatry mniej medialne. Gdy tego samego dnia premierę organizuje duża scena narodowa lub teatr z głośnym nazwiskiem reżysera, uwaga mediów automatycznie przesuwa się właśnie tam. Inne przedstawienia schodzą na dalszy plan jeszcze przed pierwszym podniesieniem kurtyny.
To nie jest problem nowy. Środowisko teatralne mówi o nim od dawna. Pytanie brzmi więc: dlaczego przez tyle lat nie udało się wypracować choćby minimalnego systemu koordynacji?
Nikt rozsądny nie oczekuje centralnego sterowania repertuarami teatrów. Każda scena ma własny rytm pracy, własne zobowiązania, ograniczenia techniczne i kalendarz artystów. Jednak czy naprawdę niemożliwe byłoby stworzenie prostego mechanizmu konsultacji? Wspólnego kalendarza premier? Platformy prowadzonej przez Biuro Kultury miasta lub inną instytucję koordynującą życie teatralne?
Przecież podobne rozwiązania funkcjonują w wielu branżach. Festiwale uzgadniają terminy. Organizatorzy koncertów sprawdzają dostępność rynku. Nawet kluby sportowe potrafią koordynować wielkie wydarzenia w jednym mieście. Tymczasem teatr nadal działa często według zasady „kto pierwszy, ten lepszy”.
A przecież stawką nie jest jedynie wygoda krytyków. Chodzi o coś więcej — o widoczność spektakli i szacunek wobec pracy twórców. Każda premiera zasługuje na uwagę. Każdy zespół ma prawo do własnego wieczoru, a nie do uczestnictwa w wyścigu o obecność recenzentów i publiczności.
Warto też pamiętać, że premierowy wieczór ma znaczenie promocyjne. To wtedy powstają pierwsze relacje, zdjęcia, publikacje, wpisy w mediach społecznościowych. Rozproszenie uwagi sprawia, że część wydarzeń po prostu znika z obiegu niemal natychmiast po premierze.
Być może problem wydaje się błahy wobec wszystkich trudności, z jakimi mierzy się dziś teatr. Ale właśnie takie drobne organizacyjne kwestie często decydują o jakości życia środowiska. O poczuciu współpracy zamiast nieustannej konkurencji.
Warszawski teatr jest wystarczająco bogaty i różnorodny, by nie musiał sam sobie odbierać publiczności.
Biuro Kultury