Są aktorki, które nigdy nie musiały walczyć o uwagę widza. Wystarczyło, że pojawiły się na scenie. Bez ostentacji, bez nadmiaru środków, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Marta Lipińska od lat należy właśnie do tego grona — artystek, które budują sceniczną osdobowość poprzez precyzję, inteligencję i niezwykłą prawdę emocjonalną.
Dzisiaj obchodzi osiemdziesiąte szóste urodziny. To dobry moment, by przypomnieć, jak ogromne miejsce zajmuje w historii polskiego teatru, Teatru Telewizji, radia i filmu. Choć szeroka publiczność pokochała ją za role serialowe, przede wszystkim za Michałową z „Rancza” czy Zofię z „Miodowych lat”, dla widzów teatralnych od dawna pozostaje jedną z najwybitniejszych aktorek swojego pokolenia.
Jej artystyczny dom od początku stanowi Teatr Współczesny w Warszawie — scena wyjątkowa, wymagająca i oparta na aktorstwie najwyższej próby. To właśnie tam Marta Lipińska stworzyła dziesiątki ról, które do dziś pozostają w pamięci publiczności.
Miałem szczęście oglądać ją na przestrzeni wielu lat w bardzo różnym repertuarze. W „Trzech siostrach” była znakomitą Maszą — pełną emocjonalnego rozedrgania, ironii i niespełnienia. W „Czego nie widać” udowadniała fenomenalne wyczucie komediowego rytmu, w „Jak się kochają…” błyszczała w teatralnej grze pozorów, a w „Wieczorze Trzech Króli” pokazywała, jak znakomicie odnajduje się w klasyce.
Późniejsze role tylko potwierdzały jej niezwykłą klasę. W „Namiętnej kobiecie” tworzyła postać ciepłą, gorzką i pełną życiowego doświadczenia, w „Posprzątane” zachwycała subtelnym humorem, a w „Nim odleci” potrafiła zwyczajnym spojrzeniem zbudować emocję silniejszą niż najbardziej dramatyczny monolog.
To aktorka, która nigdy nie gra „pod efekt”. U Lipińskiej wszystko wydaje się naturalne, choć właśnie ta naturalność jest rezultatem ogromnego warsztatu. Każda pauza, każde zawieszenie głosu, każdy gest mają swoje znaczenie. W jej aktorstwie nie ma przypadku.
Równie ważnym rozdziałem pozostaje Teatr Telewizji. W „Tangu” jako Eleonora znakomicie balansowała pomiędzy groteską a psychologiczną prawdą, w „Wielkiej magii” urzekała lekkością, a w „Kąpielisku Ostrów” czy „Jednym dniu” przypominała, jak wielką siłę może mieć aktorstwo oparte na emocjonalnej prostocie.
Marta Lipińska reprezentuje pokolenie artystów wychowanych w przekonaniu, że teatr wymaga cierpliwości i odpowiedzialności. Dzisiaj takie podejście staje się coraz rzadsze. Być może dlatego jej role pozostają tak trwałe — nie są podporządkowane modom ani chwilowym trendom.
W jej scenicznej obecności od zawsze było coś kojącego. Nawet gdy grała bohaterki komiczne, neurotyczne czy zgorzkniałe, pozostawała w nich jakaś głęboka czułość wobec człowieka. Nigdy nie szydziła z postaci. Próbowała je zrozumieć.
I może właśnie dlatego kolejne pokolenia widzów tak mocno ją pokochały.
Bo Marta Lipińska nie tylko gra role. Ona od dekad przypomina, czym naprawdę jest aktorstwo.
Teatr Współczesny