Rzecz poważniejsza, wciąż jednak z rozrywkowym potencjałem, to dobra odpowiedź na potrzeby widza zmęczonego farsą z jednej, a chwytami postdramatycznymi z drugiej strony. „Sąsiedzi z góry” proponują powrót do dialogu. I porywają, bo brzmią prawdziwie.
Sztuka hiszpańskiego reżysera i dramaturga to dobrze zagrana dramedia. Wygląda świeżo, choć wyjściowa sytuacja wydaje się banalna: spotkanie dwóch par, które ma unormować sąsiedzkie współżycie. Nie, żeby było ono złe, ale nie wszystko wszystkim odpowiada. „O ten kredens, o tę szafę rozbiją się jak o rafę” – pisał Wyspiański. Problem sięga głębiej niż szafa czy dywan, choć i one stają się zalążkiem wzajemnych niechęci i pretensji.
Rozmowa, niby salonowa, bo rzecz dzieje się w salonie jednej z par, przeradza się w słowny pojedynek. Oko za oko, słowo za słowo. Między ostrymi sztychami odsłaniają miękkie podbrzusze, w które partner atakuje bez taryfy ulgowej. Intonacja, gest, pauza, zmrużenie powiek, mina, przywdzianie maski czy zrobienie pokerowej twarzy – jak oni to świetnie robią!
Przyjrzyjmy się salonowi. Scenografia realistyczne, drobiazgowo oddaje przytulne, kulturalne wnętrze. Na poziomie, choć może na granicy pretensjonalności. Świetnie mówiące kim są i jakie wartości są ważne dla pary głównych bohaterów. Trochę tradycji i trochę aspiracji do nowoczesnego luzactwa – bo pianino, ale różowe. Z czasem okazuje się bolesnym przypomnieniem artystycznego niespełnienia Julia. Obrazy na ścianach, dość awangardowe, to z kolei aspiracje Any do bycia klasą wyższą, otwartą na eksperyment, nowe prądy. Kolory i wzory salonowych mebli odważne, w centrum kanapa z okiem proroka i miękki dywan – zapalnik małżeńskich nieporozumień.
Jedno, co wydaje się niepotrzebne, to nagromadzone drobiazgi, bibeloty, akcesoria „przyjęciowe”. Ruch sceniczny właściwie odbywa się wokół kieliszków i dolewania wina, ale może podczas wizyty to naturalne… Zwłaszcza takiej, która jest projekcją oczekiwań, a każda z par ma nierealistyczne wyobrażenia nie tylko o swoich sąsiadach, ale też o swoim partnerze, sobie i wspólnym związku. Gdy na jaw wychodzą prawdziwe przyczyny zaproszenia i przybycia na spotkanie, stopniowo następuje eskalacja słownych ciosów i nie ma już powrotu do stanu wyjściowego. Na jaw wychodzi to, co głęboko skryte, do głosu dochodzą prawdziwe „ja”, a komedia przeradza się w dramat.
Anna Guzik i Piotr Gajos konsekwentnie budują wiarygodne, pełnokrwiste postaci gospodarzy – Any i Julia. Ona dba o wizerunek, on jest wycofany i chce świętego spokoju. Co nie znaczy, że wyzbył się pragnień, które rekompensuje sobie w szczególny sposób. Ale i ona nie jest święta. Intymność związku już dawno umarła. Nie prowadzą szczerych rozmów, nie poświęcają sobie uwagi, której oboje potrzebują, więc tym większym szokiem jest erotyczna propozycja sąsiadów.
Laura i Salva są katalizatorem ich rozczarowań. Przy ich pomocy dokonują wiwisekcji małżeńskiej relacji. Ana, pod gorsetem i maską porządnej mieszczki, okazuje się osobą pełną emocji i pragnień. Julio raz po raz stawia ją w kłopotliwej sytuacji, prowokuje, jakby myślał, że ten wodospad frustracji da się ujarzmić. Po chwili spuszcza z tonu, przyzwalając na terapeutyczne zabiegi Laury. Salonowe żarty poważnieją i gorzką końcówkę ogląda się ze ściśniętym gardłem.
Teatr Polski w Bielsku-Białej