Między patosem a pamięcią
Beethoven i testament Elżbiety Pendereckiej.
fot. Bruno Fidrych/mat org.




Beethoven i testament Elżbiety Pendereckiej.
fot. Bruno Fidrych/mat org.
Są festiwale, które się „odbywają”. I są takie, które przez lata budują własny sens – powoli, konsekwentnie, z wyczuciem większej całości. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena należy bez wątpienia do tej drugiej kategorii. Jego jubileuszowa, trzydziesta edycja rozpoczęła się wczoraj w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej wykonaniem IX Symfonii d-moll op. 125 – dzieła, które wciąż niesie w sobie ciężar symbolu. Symbolu wspólnoty, przełomu, ale też – co w tym kontekście najważniejsze – ciągłości.
Bo tegoroczna inauguracja nie była jedynie otwarciem kolejnej odsłony festiwalu. Była gestem pamięci. Całość poświęcono Elżbiecie Pendereckiej – kobiecie, która przez trzy dekady konsekwentnie budowała w Warszawie wydarzenie o randze europejskiej. I trzeba to powiedzieć jasno: bez jej wizji, determinacji i instynktu organizacyjnego nie byłoby dziś tego festiwalu w obecnym kształcie.
Penderecka rozumiała coś, co w Polsce długo pozostawało niedocenione – że festiwal nie jest jedynie serią koncertów. Jest narracją. Opowieścią o muzyce, historii i tożsamości. Potrafiła myśleć programowo w długim trwaniu, budując kolejne edycje nie jako zbiór nazwisk, lecz jako spójną ideę. Tegoroczne hasło – „Beethoven. Przełom klasycyzmu i romantyzmu” – brzmi jak kontynuacja jej myślenia: o muzyce jako procesie, napięciu, nieustannym przekraczaniu granic stylu i epoki.
W tym sensie inauguracja – nawet jeśli obciążona naturalnym ciężarem jubileuszu – była przede wszystkim przypomnieniem tej wizji. IX Symfonia Beethovena nie wybrzmiała tu jako oczywisty „koncert na otwarcie”, lecz jako symboliczny punkt odniesienia: dzieło graniczne, które nie tyle domyka klasycyzm, ile otwiera przestrzeń dla nowej wrażliwości. Właśnie tak, poprzez napięcia i przełomy, Penderecka opowiadała przez lata historię muzyki w ramach swojego festiwalu.
Koncert poprowadziła Marzena Diakun – artystka o wyraźnym temperamencie i coraz mocniejszej pozycji międzynarodowej. Jej interpretacja miała w sobie energię i zdecydowanie, które nadawały całości wyraźny kierunek. Było to prowadzenie nastawione na ruch, na napięcie formy, na podtrzymywanie dramaturgii w czasie – bardziej proces niż statyczny obraz. I choć nie wszystkie elementy tej muzycznej struktury układały się w pełni spójnie, nie to wydaje się w tym przypadku najistotniejsze.
Bo inauguracje festiwali – zwłaszcza takich jak Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena – rządzą się inną logiką niż pojedyncze koncerty oceniane w kategoriach „udane” lub „nieudane”. Tu znaczenie buduje się na przecięciu kilku porządków: artystycznego, symbolicznego i instytucjonalnego. Wczorajszy wieczór był właśnie takim przecięciem – miejscem, w którym muzyka spotyka się z pamięcią, a wykonanie z ideą.
Nieprzypadkowo też festiwal Pendereckiej od lat funkcjonuje równolegle jako wydarzenie społeczne. Obecność ludzi kultury, mediów, środowisk artystycznych nie jest jedynie dodatkiem, lecz częścią większej konstrukcji. To przestrzeń, w której muzyka klasyczna odzyskuje rangę wspólnego doświadczenia – nie zamkniętego w filharmonicznej ciszy, lecz obecnego w obiegu życia publicznego. W Warszawie, przynajmniej na kilkanaście dni, znów staje się ona językiem komunikacji, a nie tylko specjalistycznym kodem.
Najważniejsze jednak pozostaje to, co rozpisane jest na kolejne dni. Program tegorocznej edycji – przygotowany jeszcze przez Elżbietę Penderecką – ujawnia jej charakterystyczny sposób myślenia: zestawianie Beethovena z jego następcami, pokazywanie ciągłości i pęknięć między klasycyzmem a romantyzmem, budowanie napięć między tradycją a jej przekroczeniem. Obok dzieł kanonicznych pojawiają się więc Schubert, Schumann, Brahms, Mahler – nie jako „uzupełnienie”, lecz jako konsekwencja obranej perspektywy.
To właśnie w tej konsekwencji kryje się największa siła festiwalu. Nie w jednorazowych wydarzeniach, nie w głośnych nazwiskach, ale w zdolności do prowadzenia wieloletniej opowieści. Penderecka miała rzadką umiejętność myślenia o muzyce w kategoriach długiego trwania – jako o procesie, który nieustannie się przekształca, ale nie traci swojej tożsamości.
Dziś łatwo powiedzieć, że Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena to marka. Trudniej pamiętać, że ktoś tę markę musiał stworzyć – cierpliwie, bez gwarancji sukcesu, w rzeczywistości, która nie zawsze sprzyjała ambitnym projektom kulturowym. Elżbieta Penderecka zrobiła coś więcej niż festiwal. Stworzyła przestrzeń myślenia o muzyce jako o części wspólnej europejskiej tradycji, ale też jako o żywym doświadczeniu współczesności.
I dlatego wczorajszy wieczór miał znaczenie niezależnie od szczegółowych ocen. Był przypomnieniem, że wydarzenia kulturalne nie rodzą się same – stoją za nimi konkretne osoby, ich wybory, gust, determinacja i wyobraźnia. Festiwal trwa dalej, zmienia się, reaguje na nowe konteksty. Ale jego fundament pozostaje ten sam.
Reszta to już tylko – albo aż – muzyka.
„Rzecz działa się za kulisami przedostatniej edycji festiwalu Kontakt, ale opisano ją w sierpniu 2025. Niewielkie, ale wpływowe grono kuratorów i organizatorów festiwalu (nb. wyjątkowo nietrafnie obsadzone w rolach środowiskowych autorytetów moralnych), z pozycji zwierzchniej stawiało do pionu grupę studentek, bo nie spodobały się ich opinie dotyczące kwestii estetycznych i programowych. Koroną dzieła był regularny donos złożony przez dyrektorkę Teatru im. W. Horzycy do władz Akademii Teatralnej”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.