Leon niemal przez cały spektakl ma dłonie zrośnięte z czerwonym balonem. Ten prosty, uporczywy gest mówi więcej o jego kondycji niż wszystkie filozoficzne tyrady. W monochromatycznej, onirycznej scenografii Marka Brauna – wspieranej przez wizualizacje niepokojących przestrzeni i czarnych ptaszysk – czerwień zabawki staje się kluczem do dekonstrukcji postaci.
Utwór Stanisława Ignacego Witkiewicza z 1924 roku to groteskowa opowieść o toksycznej i zależnej relacji Leona Węgorzewskiego (Adam Cywka) z matką Janiną (Agata Kulesza). Reżyserka Anna Augustynowicz swoją inscenizację „Matki” buduje na paradoksie: Leon, dorosły mężczyzna, artysta i filozof, który uważa, że „nadaje sens życiom innych”, nie jest w stanie wypuścić z rąk balonika. Matka powtarza mu: „Ty świata nie rozumiesz, ja cię osłaniam”.
Balon (lub piłeczka) staje się tym, co psychoanalityk Donald Winnicott nazwał obiektem przejściowym – przedmiotem pośredniczącym między dzieckiem a matką, który pomaga w procesie separacji. Problem w tym, że Leon, mimo trzydziestki na karku, wciąż go potrzebuje. Utknął w przestrzeni pomiędzy, w wiecznym dzieciństwie.
Augustynowicz konsekwentnie realizuje swoją koncepcję: wszystko jest trochę niedopowiedziane i niejasne, co zgrabnie łączy się z psychoanalizą – wszak możemy łapać tropy, sny i archetypy, ale nie oznacza to jednoznacznych odpowiedzi.
Odrzucając to oczekiwanie, mamy szansę wkręcić się w specyficzny nastrój spektaklu, który (być może) dzieje się we śnie Leona, w jego gorączkowej wyobraźni. Łóżko szpitalne na środku sceny, wideoarty Wojciecha Kapeli z projekcjami czarnych ptaków i rozpadających się wnętrz, ciemne kostiumy Tomasza Armady – wszystko to buduje atmosferę koszmaru sennego, z którego nie da się obudzić.
Leon obecny jest na scenie niemal nieustannie, nawet wbrew logice tekstu – obserwuje z przerażeniem sceny, które mogą być tyleż rzeczywiste, co wyśnione. Również otwierający spektakl monolog matki – przejaskrawiony, rozemocjonowany, „za bardzo” – sugeruje, że patrzymy na jego wspomnienie. Figurę Janiny zbudowaną z emocji i uniesień. Może taką właśnie zapamiętał ją syn? Trochę nietrzeźwą, pasywno-agresywną, soczyście przeklinającą?
Czerwień balonu w tej czarno-białej przestrzeni to jedyny żywy kolor. To także – co istotne – kolor wstydu. Witkacy nazwał swoją sztukę „niesmaczną”. Czerwony balon w rękach Leona to ucieleśnienie tej niesmaczności. To rumieniec na twarzy, którego nie da się ukryć; fizyczny dowód uwikłania w coś nieprzyzwoitego – dorosły syn niezdolny do odcięcia się od matki, uwięziony w relacji, której toksyczność przybiera abstrakcyjny wymiar. „Ja siebie w nim kocham” – mówi matka, a w tym wyznaniu pobrzmiewa narcyzm, który pochłania obie postaci. Zresztą to skupienie na sobie i sobie nawzajem jest cechą łączącą Janinę i Leona.
Agata Kulesza i Adam Cywka pokazują tę destrukcyjną relację spektakularnie. Kulesza balansuje pomiędzy tragicznością i demonicznością; Cywka ociera swoją postać o śmieszność. Matka ślepnie – dosłownie i metaforycznie. Kobieta traci wzrok od intensywnej pracy na drutach (mechaniczny, repetytywny gest ma dawać poczucie kontroli nad chaosem), ale też nie chce widzieć, że „wychowała syna na alfonsa”, że jej „miłość” jest więzieniem.
Co chwilę postaciami wstrząsa nieprzyjemny, głośny dźwięk trzepotu skrzydeł. Czarne ptaki na projekcjach Kapeli to może jedyny obraz wolności w tym spektaklu – ale wolności niemożliwej, nieosiągalnej (wrzucenie balonika przez Leona do dziecięcego wózka jest gestem dążenia do tej wolności?). Trzepot skrzydeł to także odgłos czegoś, co ulatuje – życia? Szansy? Możliwości bycia kimś innym? Na pewno czegoś, co dotyczy bohaterów, wszak każdorazowo ich ciała przeszywa dreszcz.
Śmierć Matki przypomina scenę z „Mewy” Czechowa – ciało w worku jak martwy ptak, symbol bezpowrotnie utraconej swobody. U Czechowa Konstantin zabija mewę. U Witkacego Leon zabija matkę nie strzałem, ale uzależnieniem – wysysa ją emocjonalnie i finansowo przez całe życie. Jej śmierć to konkluzja relacji, w której obie strony były zarówno ofiarami, jak i oprawcami.
Balonik jednak nie znika. Matka wraca z nim jako postać młodej kobiety w ciąży. Włosy ma skrępowane w supeł i ten szczegół sceniczny nie jest przypadkowy. Związane włosy symbolizują kontrolę i porządek, ale też zniewolenie i uwięzioną energię – w kulturze europejskiej wiązanie włosów oznaczało przejście w stan „należenia do kogoś”. Supeł to także węzeł, którego nie można rozwiązać – metafora toksycznej relacji z synem, który rośnie w jej brzuchu. To pętla. Leon nigdy nie będzie odrębną osobą.
Augustynowicz kondensuje tekst Witkacego, redukuje liczbę postaci (aktorzy grają po kilka ról), ale jej reżyserska precyzja w budowaniu centralnej relacji matka–syn jest bezlitosna. „Matka” to spektakl mroczny, ale na swój sposób hipnotyzujący. Reżyserka nie sięga po instagramową psychologię. Buduje przestrzeń snu-koszmaru, w której symbole mówią wyraźniej niż słowa. Czerwony balon, czarne ptaki, trzepot skrzydeł, matka robiąca na drutach – wszystko to tworzy teatr formy, w którym forma sama w sobie staje się treścią. A w centrum wszystkiego znajduje się niemożliwa do rozwiązania relacja dwojga ludzi, którzy kochają się i nienawidzą. Nie potrafią żyć razem, ale czy są w stanie istnieć osobno?
Teatr Ateneum