Hotel Ritz – symbol luksusu i nowoczesności – urósł do rangi białostockiej legendy. Pełne sale na musicalu w BTL są najlepszym dowodem ciągłej żywotności tej opowieści.
O musicalu „Hotel Ritz. Musical” w reżyserii Joanny Drozdy usłyszałam już w pierwszych miesiącach po przeprowadzce do Białegostoku. Temat moich zainteresowań teatrem pojawiał się w niemal każdej rozmowie, a wraz z nim padało pytanie o ten spektakl. Po niemal czterech latach od premiery przedstawienie stało się swoistym fenomenem – jak w soczewce skupia regionalne lęki i przekonania, a zarazem tęsknoty zakotwiczone w naszej świadomości.
Hotel, otwarty w 1913 roku w Białymstoku, był jedynym Ritzem na wschód od Paryża. Przenosił tu wielkomiejską, zachodnią architekturę tamtych czasów, a wraz z nią bogatych kupców, eleganckich podróżnych i ludzi interesu.
Akcja spektaklu rozgrywa się w dwudziestoleciu międzywojennym, czasie wolności – dla sztuki, myśli i kobiecych łydek. Ritz łączył miasto ze światem. Mogło tu być „jak w Paryżu” czy „jak w Londynie”. Białystok gościł postacie z pierwszych stron gazet – Piłsudskiego, Ordonównę, Przybyszewskiego. A my lubimy takie opowieści. Przypominają, że tu także działała „wielka” historia. Może nieco nieśmiało, ale chcemy być częścią czegoś większego.
Joanna Drozda doskonale wyczuwa tę lokalną tęsknotę. Z Mateuszem Karolczukiem, odpowiadającym za kostiumy i scenografię, buduje barwny klimat Ritza, w który wplata lokalne historie: o Kawelinie, początkach Jagiellonii Białystok, Alei Zakochanych. Miejskie anegdoty spina klamrą podlaskiego folkloru i wewnętrznych żartów.
Reżyserka wplata różnorodne wątki – społeczne, takie jak feministyczny manifest o prawach wyborczych kobiet i wiszącym w powietrzu samostanowieniu, oraz genderowe i queerowe, reprezentowane przez zabawne i błyskotliwe kreacje Błażeja Piotrkowskiego jako księcia Jusupowa oraz postać graną przez Łucję Grzeszczyk-Żukowską, stylizowaną na flapperkę z lat dwudziestych.
Wielokulturowość jest tu czymś więcej niż dekoracją. Drozda buduje z niej kompozycyjną klamrę do przewartościowania naszych przekonań. Poczucie wyjątkowości nie musi opierać się na kalce wielkomiejskich wzorców. Może wyrastać z tego, co u nas niepowtarzalne – z funkcjonowania obok siebie wielu religii i kultur.
Spektakl przypomina, że kiedyś było to możliwe. Żydzi, stanowiący ponad połowę białostockiej populacji, mieszkali obok katolików i osób prawosławnych. Buza – popularny w latach dwudziestych napój – jest czymś więcej niż ciekawostką. Dotarł do nas dzięki macedońskim imigrantom i staje się tu symbolem otwartości na „obce”.
W jednej ze scen bohaterowie z entuzjazmem snują wizję przyszłości Ritza. To jeden z bardziej poruszających momentów, wiedząc, że po hotelu nie zostanie ślad, a wielokulturowość z czasem będzie kojarzona z zagrożeniem. Ironia historii wybrzmiewa w tej scenie wyjątkowo mocno. Może dlatego musical działa tak silnie – nie tylko opowiada legendę, ale pyta, co z niej potrafimy dziś ocalić.
Białostocki Teatr Lalek