Warszawska premiera „Faceta z papieru” Leny Frankiewicz w Garnizonie Sztuki przyciągnęła uwagę zarówno miłośników węgierskiego dramaturga Istvána Tasnádiego, jak i stałych widzów lokalnej sceny stołecznej. Frankiewicz w wywiadach wielokrotnie podkreślała, że interesuje ją „konfrontacja dramatu z teatrem formy”, subtelna groteska, rejestry mrożkowe oraz nieustanne napięcie między anarchią a wolnością jednostki. Na scenie jednak ta subtelna nić dramaturgiczna nie znalazła pełnego odbicia – zamiast dyskretnego balansowania między dramatem a formą, dominują sekwencje nadmiernie ekspresyjne i wizualnie rozciągnięte, które skupiają uwagę na fizycznym wymiarze aktorstwa, zamiast pozwolić widzowi skoncentrować się na psychologicznej głębi relacji i filozoficznej refleksji zawartej w tekście autora Wroga publicznego i Cyber Cyrana.
Już sama strategia reżyserki sugerowała pewien kompromis między ambitnym dramatem a oczekiwaniami publiczności Garnizonu, przyzwyczajonej do repertuaru lżejszego, można by rzec rozrywkowo-komediowego. Efektem są rozbudowane, taneczne sekwencje, w tym przydługa uwertura ruchowa, które zdają się próbą oswojenia tekstu poprzez nadmierną fizyczną ekspresję. Z pewnością inspiracją była tutaj niedawna przeszłość Wiktorii Gorodeckiej – aktorki o ogromnym temperamencie, która osiągnęła duży sukces w „Tańcu z gwiazdami”. Doświadczenie zdobyte w tym programie sprawiło, że reżyserka zdecydowała się na rozbudowaną sekwencję ruchową, mającą podkreślić ekspresję emocjonalną postaci. Niestety, w tym spektaklu temperament Gorodeckiej wymknął się spod kontroli. Ekspresja aktorki przekroczyła granice równowagi przedstawienia, a sekwencja taneczna przekształciła się w niekontrolowaną demonstrację energii, która zamiast budować napięcie, wprowadza element czysto rozrywkowy. Sam patrzyłem na to nie bez zdziwienia i konsternacji, zresztą w całej roli Gorodeckiej było coś nieznośnie irytującego. W przeszłości reżyserzy tacy jak Grzegorz Wiśniewski, Piotr Cieplak, Kuba Kowalski czy Jan Englert potrafili znakomicie poskramiać jej temperament, wydobywając pełnię aktorskiej ekspresji w sposób kontrolowany i precyzyjny w Teatrze Narodowym w Warszawie.
Podobny efekt przynosi gra Michała Czerneckiego, który w wielu momentach gubi rytm dramatycznej intymności na rzecz przekrzyczanej manifestacji. Zaskakująco dobrze wypadają natomiast młodsi aktorzy: Antek Sztaba (Kuba) i Weronika Humaj (Ada), wnosząc do spektaklu świeżość i subtelność, które pozwalają widzowi na chwilę oddechu. Ich reakcje na absurdalne sytuacje i prowokacje „Taty z tektury” tworzą niewielkie wyspy napięcia, zbliżając spektakl do potencjału, jaki tkwi w tekście Tasnádiego.
W samej fabule: podczas rodzinnego spotkania Ewa przynosi pod pachą wyciętą z tektury sylwetkę zmarłego męża. Z pozoru humorystyczna figura staje się symbolem patriarchatu, superego i moralnej władzy. Frankiewicz w rozmowach podkreślała, że spektakl ma pokazywać wyzwalającą moc konfrontacji z autorytetem. Na scenie jednak, w zderzeniu z nadmiernie rozciągniętymi sekwencjami ruchowymi i przesadną ekspresją Czerneckiego i Gorodeckiej, ta refleksja traci siłę. To, co w tekście jest subtelnym komentarzem społecznym, w inscenizacji bywa przytłoczone efektem wizualnym.
Choreografia Alisy Makarenko i jej rozbudowane sekwencje taneczno‑ruchowe stają się symbolem tego, co w tej realizacji działało „zbyt mocno” – ich długość i ekspresja skupiają uwagę widza na samej fizyczności aktorów, zamiast pozwolić mu wejść w psychologiczną głębię relacji rodzinnych. Momentami sprawiają wrażenie, jakby sama reżyserka, zamiast koncentrować się na subtelnej grotesce Tasnádiego, pozwoliła widowisku popłynąć siłą scenicznej energii, zamiast siłą dramaturgicznej precyzji.
„Facet z papieru” to dramat, który mówi o tym, jak trudno nam korzystać z wolności i jak łatwo możemy poddać się tyranii – zarówno symbolicznej, jak i realnej. Niestety, w tej inscenizacji słowa reżyserki o „odwadze podważania schematów i świętości” pozostają nieco w zawieszeniu między intencją a sceniczną realizacją. Mimo wszystko spektakl oferuje przymrużenie oka i miejscami błyskotliwe momenty komiczne, a młoda część obsady pokazuje, że dramat Tasnádiego wciąż ma potencjał do eksploracji w teatrze współczesnym.
Garnizon Sztuki